24 sierpnia 1940 r. - Antoni Głowacki


Poniższy tekst to relacja sierż. Antoniego Głowackiego (wówczas pilota 501 Dywizjonu Myśliwskiego RAF; 501 Squadron) z lotów w dniu 24 sierpnia 1940 r. Tekst został spisany po wojnie:

Godzina szósta. Alarm. Przeraźliwy dźwięk dzwonka budzi nas z drzemki. Bieg na "łeb na szyję" do naszych Hurricanów, które stały tuż obok. W dwóch minutach cały Dywizjon był już w powietrzu. Zwartym szykiem przechodzimy przez cieniutką mgiełkę, wiszącą nad lotniskiem. Ponad mgłą cudowne słońce. Powierzchnia mgiełki lekko pofałdowana, jak piasek nad brzegiem morza.

Na znak dowódcy rozchodzimy się do szyku bojowego i ciągniemy w górę, na południe. W słuchawkach radiowych słychać słowa - "Large formation of bandits, angel 25, steer one eight zero". Będzie robota. Duża formacja, dwadzieścia pięć tysięcy, wysoko - psia kość. Jestem w sekcji wypatrywaczy. Bardzo lubię to miejsce. Leci się swobodnie i można patrzeć na cały świat.

Mamy już 15 tysięcy. Zaczyna robić się duszno, włączam więc tlen i czuję momentalnie ulgę. Kamizelka ratunkowa zaczyna trochę uciskać, wypuszczam więc trochę powietrza. Teraz jest lepiej. Wysokość i zmiana ciśnienia robią swoje. Włączam celownik i odbezpieczam karabiny maszynowe. Wszystko w porządku, jestem gotów.Daleko na południu, wyżej od nas widzę Niemców.

Natychmiast melduję dowódcy - "Bandits, Twelve o'clock, high". Dowódca kwituje i lekko poprawia kierunek do spotkania. Liczę maszyny niemieckie. Jest ich dużo. Pierwszy szyk 25 maszyn, to na pewno myśliwskie Messerschmitty 109 i 110. Będzie ciepło. Spod słońca, na tle jasnego nieba, pokazuje się coraz więcej formacji niemieckich. Już jest około 150 maszyn. Oglądam się poza siebie. Za nami, daleko widać dwa lub trzy dywizjony Hurricanów i Spitfireów. Ale my będziemy pierwsi przy Niemcach.

Dochodzimy właśnie do 25 tysięcy. Dowódca jednak ciągnie wyżej, aby mieć przewagę wysokości. Morowy chłop, wie co robi. Myśliwcy już nas zobaczyli, oni też podciągają wyżej. Ale my nie czekamy, zmieniamy szyk na ławę. W uszach brzmi krzyk do ataku - "Tally Ho. Tally Ho". Zbieżną szybkością pikujemy na bombowe formacje niemieckich Heinklów i Dornierów. Sylwetki bombowców rosną, rosną. Poznaję wszystkie typy: Heinkel 111, Dornier 215 i Junkers 88. Teraz idziemy "łeb w łeb" na myśliwców, którzy próbują nam przeszkodzić; w ostatniej chwili Messerschmitty robią unik, a my bez przeszkody wpadamy na bombowce. Już pierwsza maszyna otwiera ogień. Widzę smugi po pociskach zapalających. Nagle kątem oka widzę, jak drugie ugrupowanie Messerschmittów zbliża się do ataku od tyłu. Krzyczę przez radio - "Bandits six o'clock" - i natychmiast robię zwrot do nowego nieprzyjaciela. Kilka naszych maszyn poszło za mną. l już się robi młynek. Łapię najbliższego "żółtonosa" (samoloty z eskadry Richthofena). Strzelam krótką serię... nic. Uciekam ostrą spiralą w dół. Widocznie młodzik, już ty mój. Pełen gaz, wywrót w dół za nim. Młodzik zaczyna kręcić w lewo, w prawo. Rzucam okiem za siebie, nie ma nikogo. Ścinam zakręty i bardzo szybko dochodzę na 200 metrów. Cały Messsrschmitt w celowniku.

Szwab znowu wywija, ale mój Hurricane zwrotniejszy, pruję po prostej albo ścinam zakręty. Stery sztywne, szybkość 350 mil. Jestem pewny, że jemu trudniej. Odległość 150 metrów. Strzelam długą serię, bez poprawki. Od razu dostał, zaczyna zwalniać. Przymykam lekko gaz i znów strzelam. Dym i płomienie z kadłuba. Odskakuję w bok i czekam. Idzie pionowo w dół, potem przechodzi w bezwładna spiralę. Pilot nie skacze, widocznie dostał. Straciłem już 8 tysięcy stóp. Zdrowo spikował. Przełykam ślinę, bo zatyka mi uszy. Już jest o wiele niżej ode mnie. Robię więc spiralę i obserwuję tę palącą się pochodnię. Widocznie trafiłem od razu w zbiorniki, bo pali się cała maszyna i tylko końce skrzydeł wystają z płomieni. Pode mną błysk eksplozji. Messerschmitt uderzył w ziemię o pół mili od stanowiska artylerii przeciwlotniczej. Widzę jak chłopaki rzucają czapkami w górę. Z radością pikowałem na nich i wyciągnąłem w górę pionową beczką.

Ciągnę na wysokość. Nad głową widzę wspaniałe walki między Spitfireami i Messerschmittami. Widać też kilka spadochronów, powoli spływających do ziemi. Mam już 15 tysięcy, ale do Niemców daleko. Oni widocznie już mają dosyć, bo robią zakręt na południe i uciekają do Francji, ścigani i uporczywie atakowani przez nasze samoloty.Przez radio słyszę rozkaz do powrotu. Jestem sam. Oglądając się ciągle, by mi ktoś nie wszedł na ogon, wracam do domu. Przed lotniskiem nabieram dużej szybkości i pikując na lotnisko, robię powolną beczkę tuż nad samą ziemią. Krótka runda i ląduję. Mechanicy, zbrojmistrze rzucają się do maszyny. Za chwilę tankier uzupełnia paliwo, zbrojmistrze ładują długie taśmy z nabojami. Za dwie lub trzy minuty maszyna znów będzie gotowa do lotu. Idę do grupy pilotów, wszyscy ożywieni gestykulują, prawie krzyczą, opowiadając sobie wrażenia z walki. Rzucają się do mnie. Ile? Ile? Pokazuję jeden palec do góry. Jeden Messerschmitt 109. Klepią mnie po ramieniu. - "Well done, Tony".

Idziemy do dowódcy i teraz liczymy się. Wrócili wszyscy po zestrzeleniu 6 Messerschmittów. Bez strat. Wspaniale. Od kasyna wołają nas na śniadanie, bo to dopiero 7-ma rano. Płatki owsiane, herbata, chleb, marmelada... Znów dzwonek, znów alarm. Znów "Mandrill Squadron, Scramble". Biegiem do maszyn, zapuszczanie, start. Nawet nie zdążyłem zapiąć pasów, a już rwiemy w górę. Odłączam lekko od szyków i teraz zapinam pasy. Sprawdzam celownik, karabiny i wracam na swoje miejsce. Strzałka wysokościomierza pnie się coraz wyżej. Już mamy 15, 18, 20 tysięcy. Przekraczamy brzeg i już lecimy nad Kanałem. Kurs - na południowy wschód. Lekka mgła wisi nad wodą. Daleko, tuż pod słońcem, pokazują się pierwsze szyki niemieckich bombowców. To Junkersy 88, jest ich 40 z osłonę myśliwców, razem 100-120 maszyn. Jesteśmy trochę wyżej i zaczynamy pikować.

Na nasz widok, cała wyprawa skręca na północny wschód. Pełen gaz, szybciej, aby ich dopaść. Odległość zmniejsza się powoli. Z lewej strony widzę dywizjon Defianfów, one też pędza na szwafoów. Tuż przed brzegiem Anglii, Junkersy przechodzą w pikę i zaczynają atakować. Atakują Ramsgate i Margate - o dranie. Przecież to otwarte miasta, bez fabryk i urządzeń wojskowych. Zwykłe nadmorskie letniska.

Cholera, nie zdążymy przed bombardowaniem, szybciej, szybciej. Junkersy rzucają bomby i wyciągają w górę. Lecimy po przekątnej. Dochodzimy na odległość ognia. W słuchawkach brzmi - "Tally Ho". Pierwsze trójki już strzelają. Odpowiadają im strzelcy ogonowi. Widzę płomyki u karabinów maszynowych i rój robaczków świętojańskich lecących w naszą stronę. Pod nami błyski dym, odłamki domów lecą w górę. Łapię najbliższego Junkersa, wchodzę mu na ogon i walę długą serię w brzuch maszyny. Lecą kawałki blach i dym z lewego silnika. Zwalnia. Wyrywam z większą szybkością w bok i znowu atakuję. Kropię z góry wzdłuż całej maszyny. Pali się cały grat, oba silniki i kadłub. Znów długa seria i odskok w bok. Widzę wolno obracające się śmigła. Wtem, między mną a Junkersem mignął Defiant z Messerchmittem 109 na ogonie. Rzucam Junkersa i na pełen gaz za Messerschmittem, który strzela do Defianta. Teraz ja walę do Messerschmitta. Iskierki pocisków wybuchowych na kadłubie i skrzydłach. Dostał, dostał. Idzie w dół, tuż za Defiantem, za którym pozostaje smuga czarnego dymu. Defiant i Messerschmitt uderzają o wodę. Dwa podobne kręgi na wodzie i... znów gładka powierzchnia. Żal mi, że nie zdążyłem na czas i nie obroniłem Defianta, może to był któryś z naszych chłopców? Patrzę na mojego Junkersa, który oderwał się przez ten czas 4 lub 5 mil od brzegu. Trzy równoległe smugi dymu pozostają za maszyną. Mam chęć pociągnąć za nim i wykończyć go... Nie trzeba, Nagły błysk, kłąb dymu i jakieś śmiecie lecą do wody. l nic więcej. Dosłownie zmienił się w ogień i dym. Widocznie pożar doszedł do zbiorników. Eksplozja i koniec. Zimno zrobiło mi się na myśl o takiej śmierci, ale - "C'est la guerre". Wracam do brzegu. Z boku widzę jak trzy Junkersy wieją do Francji, a tu pod brzuchy weszły im trzy Defianty i prują ze swych czterokarabinowych wieżyczek. Cudowny widok, jak w kinie. Już wszystkie trzy palą się, zostawiając smugi dymu, ale dalej uciekają w morze. Porzucam ich i wracam do lądu. Robię rundę nad Ramsgate, miasto mocno zbombardowane. Setki domów zniszczonych a na lotnisku Manston wielkie leje po bombach. Ale to nic, po tych ostatnich, za kilka godzin nie będzie nawet śladu. Już nawet widać gromady ludzi przy zasypywaniu dołów. Przez radio słychać wezwanie do powrotu. Prawda trzeba dokończyć śniadanie. Obmyślam więc z góry raport w walce. Zapewne będą "prawdopodobne", bo wpadły do wody. Ale mówi się trudno i strzela się dalej. Jutro będzie lepiej.

Po 10-ciu minutach pikuję na lotnisko i robię trzy beczki jedna po drugiej. Ląduję. Mój mechanik już czeka - pyta ile? Mówię, że tym razem dwa. Rąbnął mnie w łopatkę, aż poniosło echem. Cholera, że też taki zwyczaj mają, a chłopisko o głowę wyższe ode mnie, nawet mu oddać nie mogę. Wychodzę z kabiny i dopiero teraz przypominam sobie, że w czasie walki ani razu nie spojrzałem do tyłu, poza siebie. Na samą myśl o tym robi mi się zimno i gorąco. Mogli mnie sprzątnąć z nieba aż miło. Ale "kto ma szczęście, temu idzie" - jak śpiewał Lopek Krukowski. Idę więc do messy, aby dokończyć przerwane śniadanie. Ale gdzie tam? Po drodze łapie mnie oficer taktyczny dywizjonu i zaczyna piłować, a gdzie, a ile, a wysokość, a czas, kierunek ataku. Niech go diabli, nie było czasu na te obserwacje. Zły jestem, że przegapiłem te detale, że nie liczyłem formacji i typów samolotów. Myślę sobie, że następnym razem się poprawię.

Dowódca dywizjonu wyratował mnie z tej opresji wołając na śniadanie. Idziemy wszyscy do messy oficerskiej i zaczynamy śniadanie od początku. Dowódca wypytuje mnie o przebieg walki, odpowiadam moim słabym angielskim jak mogę. Mówię, że trafiłem dwa, Junkersa i Messerschmitta, ale nie wiem czy to się liczy, bo wpadły do wody. Okazało się, że będą zaliczone bo kilku pilotów widziało. Wszyscy mi gratulują, bo to już trzy dzisiaj i to wszystko przed śniadaniem. Dyżurny telefonista melduje, że dwie maszyny nie powróciły do bazy. Którzy to? Mój dowódca eskadry i jeden z młodszych sierżaniów, który dopiero co został, mianowany oficerem. Ale to jeszcze nie potwierdzone. Może skakali albo lądowali na innym lotnisku. Kończymy więc śniadanie i na słoneczko. Znów czekamy w pogotowiu na alarm. Cisza na lotnisku. Babie lato snuje się po trawie... dzień w dzień słonecznie i sucho, tak podobnie jak przed WRZEŚNIEM 1939 roku... Ale to nic, nie warto martwić się na zapas. Mamy nasze Hurricany - wspaniałe maszyny. Będziemy się bić...

Cisza całkowita. Nadchodzi pora obiadu. Wszystko zamiera. Lekki wiaterek niesie od pobliskiej Tamizy zapach morza. Zapach ten jest jednak trochę inny, niż nasz z Bałtyku, i woda ma inny kolor i smak. To tak niedawno. 112 eskadra myśliwska, dwutygodniowy urlop nad polskim morzem, Bory Tucholskie... Przeraźliwy dźwięk dzwonka. Alarm. Alarm. Jak zgrzyt żelaza po szkle przerywa moje skryte marzenia.

Biegniemy do maszyn, pasy, start na przełaj lotniska. Ciągniemy na pełnym gazie. Dowódca nawiązuje łączność, radio podaje kurs. Jak zwykle - na południe. Na spotkanie szwabów. Ciągniemy do Kanału. Psia kość, jak ta wysokość powoli wzrasta. W górę, w górę. Rozluźniam pasy, aby dobrze móc się rozglądać. Już widać pierwsze ugrupowania szwabów. Idzie jakieś dwieście maszyn bombowych w czterech ogromnych falach i masa, masa myśliwców. Tyle maszyn na raz nie widziałem jeszcze. Dochodzimy do nich, ale jesteśmy o wiele niżej, brak nam jeszcze 5 lub 6 tysięcy stóp. Dowódca zawraca i równolegle do szwabów nabieramy wysokości. Jestem zupełnie spokojny, pamiętam że mam liczyć maszyny, rozpoznawać typy, a więc liczę i rozpoznaję. No teraz "inteligentny" będzie ze mnie zadowolony. Nad Canterbury mamy równą wysokość, idziemy z boku i dowódca zdecydowanie skręca na bombowce Heinkle, Dorniery i Junkersy. Słyszę znów - "Tally Ho" i pierwsze sekcje otwierają ogień. Rozglądam się i nagle widzę, prawie pionowo nad nami Messerschmitty. Idą do ataku na nas i chcą nam wejść na ogon. Krzyczę - "Bandits six o'clock high - Attacking". Dwie ostatnie sekcje robią gwałtowny w tył zwrot i już jest młynek ze szwabami. Widzę jak trzy Messerschmity atakują mego lidera. Krótki skręt "łeb w łeb" i strzelam. Nie wytrzymali. Wyrwali mi nad głową. Po prawej stronie mej kabiny seria z pocisków smugowych Wywrót w lewo. Urwałem się, ale z drugiej strony znów trzy Messerschmitty strzelają. Zamykam gwałtownie gaz i ślizg w prawo. W momencie gdy mnie mijają - pełen gaz i już mam środkowego przed sobę w odległości 150 metrów. Próbuje wyrwać w górę. Głupi, traci szybkość i siedzi w celowniku. Oddaję długą serię. Dym, odłamki, odstrzelone koło odlatuje tuż koło mej kabiny. Czuję dym i spaleniznę. Prawa klapa u Messerschmitta otwiera się i maszyna na pełnej szybkości robi piorunujące szybkie beczki. Już po niej. Oba skrzydła urwały się przy kadłubie. Sam kadłub z płonącym silnikiem leci w dół. W lusterku spostrzegam dla Messerschmitty. Ogniki na skrzydłach, strzelają do mnie. Wywrót w lewo, ciągnę drążek z całych sił, aby urwać się Messerschmittom. Zamroczyło mnie kompletnie. Przed oczami wirują czerwone płatki, powoli oddaję drążek i świadomość wraca. Jestem sam, ale straciłem ze 3 tysiące stóp. Nabieram wysokości z dala od walki, a jednak obok mnie spada w korkociągu Dornier z odstrzelonym skrzydłem. Widocznie nad moją głową trwa walka. Kręcę się na wszystkie strony, aby nie dać się zaskoczyć przez szwabów. Większość kolumny bombowców leci dalej na Londyn. Teraz bombardują Rochester. Dymy, błyski eksplozji, pożary. Ale naszych maszyn coraz więcej. Całe niebo pokryte dymkami wyglądające jak kawał błękitnego jedwabiu w białe groszki - to artyleria przeciwlotnicza kładzie w powietrzu ogniową zaporę. W słuchawkach stałe krzyki, już nie rozróżniam o co chodzi. Nareszcie dociągnąłem do wysokości na której leciały Dorniery i Junkersy 88. Messerschmittów nie ma, więc doczepiam się do ostatniej grupy Junkersów i łapię ostatniego z prawej strony w celownik. Podchodzę blisko, bo mam mało amunicji i muszę trafnie strzelać. Junkers na 400 metrów wypełnia cały celownik. Strzelcy ze wszystkich maszyn walą do mnie smugowymi pociskami, które pozostawiają po sobie białe dymki, tworząc na moment śliczny wachlarz. Dochodzę na 300 metrów i teraz oddaję długą serię aż do ostatniego naboju. Prawy silnik Junkersa już się pali. Samolot zwalnia i odpada z grupowania. Znów go biorę w celownik, naciskam spust i... cisza. Skończyła się amunicja. Nie ma co czekać, muszę się oderwać. Z prawej pikują na mnie dwa Messerschmitty - muszę wiać. Wywrót pod Messerschmitty - ślizg w lego, ślizg w prawo i bardzo ostra spirala w dół. Oderwałem się, ale znów straciłem 4 tysiące stóp. Oglądam się za moim Junkersem, idzie korkociągiem do ziemi. Lecę w jego kierunku. Widzę jak rozwalił się koło Chatam. Czas wracać do bazy Gravesend. Lądując kończę wybieg koło hangaru, gdzie już czekają mechanicy. Wyłączam silniki teraz dopiero czuję zmęczenie. Ręce i nogi drżą tak, że nie sposób mi ich opanować. Dobrze, że tego nikt nie widzi. Do maszyny podbiega nasz szef mechaników, wali mnie po hełmie, ale to z radości, bo widział jak zestrzeliłem ostatniego Junkersa i teraz w ten sposób okazuje swą radość i uznanie. Chwilę jeszcze odpoczywam i powoli wychodzę z maszyny. Oglądam skrzydła maszyny robi mi się bardzo gorąco, tak są pokryte dziurami po pociskach. Doliczyłem się 23-ch. Szwaby dobrze strzelali, niech ich licho, tyle dziur... Podchodzi dowódca i pyta czy coś zestrzeliłem. Mówię, że jednego Junkersa 88 i jednego Messerschmitta 109. Z niedowierzaniem spogląda na mnie, ale mój sierżant - mechanik wtrąca się do rozmowy i zapewnia dowódcę, że widział zestrzelenie Junkersa koło Chatam i obserwował maszynę, chcąc zobaczyć pilota, to znaczy mnie, który zestrzelił tego Junkersa.

Za chwilę dołączają inni koledzy. Wszyscy są zmęczeni i brudni, ale szczęśliwi, że znów zrąbaliśmy kupę Niemców. Kilku kolegów potwierdza moje osiągnięcia w czasie powietrznej walki i teraz rozpromieniony dowódca gratuluje mi zestrzelenia pięciu niemieckich samolotów w ciągu jednego dnia.

Za pół godziny nowy start. Tym razem mamy małą grupę Dornierów 215 z silna osłoną myśliwców. Atak "łeb w łeb". Całym dywizjonem wpadliśmy w środek ugrupowenia bombowców. Messerschmitty za nami i znów robi się fantastyczny kocioł. Strzelam do Dorniera z dużej odległości, widzę ogniki na skrzydłach i w tym samym momencie, smugi pocisków zapalających tuż obok mej kabiny. Robię bardzo silny ślizg w prawo, ściągam drążek na brzuch i wrzucam maszynę w korkociąg. Kręcę się bardzo szybko, zamykam gaz i korkąciąg trochę zwalnia. Po pięciu czy sześciu obrotach próbuję wyprowadzić samolot z korkociągu, ale ten nie reaguje na działanie sterów. Po kilku dalszych obrotach cały świat jest zamazany. Szybko tracę wysokość, ale jeszcze czas, nie będę skakał za wcześnie, na pewno mam na ogonie Messerschmitta. Wysokość maleje, otwieram więc kabinę, by wyskoczyć ze spadochronem. Ale o dziwo, mój Hurricane sam wyskoczył z korkociągu i pikuje pod ostrym katem do ziemi. Mam 2 tysiące, nie będę skakał. Zamykam kabinę, rozglądam się, jestem sam. Na 18 tysiącach toczy się dalej walka. Nikogo nie dogonię po takiej utracie wysokości, wracam do bazy.

Antoni Głowacki


Źródła:
Głowacki A., Pięciu szwabów [w:] Jedenasty Światowy Zlot Polskich Lotników, Hamilton 1976