1 stycznia 1945 r. - Jerzy Główczewski


Poniższy tekst to relacja ppor. Jerzego Główczewskiego (wówczas pilota 308 Dywizjonu Myśliwskiego "Krakowskiego") z walki w dniu 1 stycznia 1945 r. Tekst został spisany bezpośrednio po omawianych wydarzeniach:

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ludzie tak się do tego przyzwyczaili, że powtarzają to często, ale wierzą bardzo rzadko. Tym razem było podobnie. Optymista wypowiadający podobne myśli w tym momencie otrzymałby bardzo niepolityczną odpowiedź. Bo i jak tu wierzyć w takie rzeczy! Zazwyczaj trudno jest doszukać się optymizmu u ludzi, którzy po większym, całonocnym pijaństwie, są wyciągani z łóżek o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie. A pijaństwo i zabawa były niezgorsze. Sylwester! I do tego Sylwester pierwszy w Belgii po tzw. "liberation".

No, ale trudno - trzeba było lecieć. Sytuację pogarszała perspektywa bombardowania z lotu nurkowego. Pikować? Ależ wystarczyło, gdy się człowiek nachylił, a już go koniak "kopał" w podniebienie. Przeto klnąc na czym świat stoi wchodziliśmy do maszyn. Na ostatek rzucaliśmy jeszcze gorzkie uwagi mechanikom, że to tylko nasi są tak "ostrzy", że na pewno Brytyjczyków nie pobudzono tak wcześnie itp.

Polecieliśmy. Ranek wstał piękny i mroźny, a na błękitnym niebie nie było najmniejszej nawet chmurki. W dole srebrzyły się w pierwszych promieniach słońca oszronione pola i łąki - ale kto by tam o tym myślał... W powietrzu i w radio panowała zupełna cisza.

Lot odbywał się normalnie. Nadlecieliśmy na cel. Zrzuciliśmy bomby. Nienormalne było tylko to, że w tym miejscu nikt do nas nie strzelał. Wracamy. Znów ta sama cisza, znów wszystko wróciło do normy, znów nic się nie dzieje. Wtem cieszę przerywa głos w słuchawkach: - Hello... leader, w okolicy Bredy nisko lecące szkopy!... Pójdź i zobacz! Over. - Sorry, jesteśmy w drodze powrotnej - mało benzyny... Out.

Zacząłem rozglądać się po ziemi. Często zawiadamiają nas o Niemcach, ale nigdy jeszcze ich nie widziałem. Może jednak da się coś zobaczyć. Mijamy Antwerpię. Do bazy jeszcze kilkanaście minut lotu. A tu znów glos w słuchawkach: - Patrzcie! Coś wybuchło na brzegu!... I rzeczywiście widzę wybuch nad rzeką, jakby ktoś użył wielkiego miotacza płomieni. Pod nami dymki artylerii plot. Czyżby zrzucili jakiegoś z zapowiadanych szwabów? Małe poruszenie w szykach i znów spokój. Zaczynam teraz rozglądać się na dobre. Mijają dwie minuty i znów glos kontrolera: - Hello... leader! Około sześćdziesięciu szkopów idzie kosiakiem na Brukselę. Idź za nimi! I znów to samo: - Sorry, wracam do bazy, mam mało benzyny...

Psiakrew! Co za pech! Tym razem wygląda mi to na prawdę, na pewno można by było coś ciekawego zobaczyć. Tymczasem nie ma benzyny. Naciskam guzik wskaźnika. Kiepsko: 20 galonów. Widzę, jak formacje się rozluźniają i samoloty zaczynają się kołysać. To z pewnością każdy zaczyna wypatrywać. Lecimy w trzech czwórkach na wysokości 2000 stóp. Widzialność doskonała. Oczy bolą od wytężania wzroku. A może coś będzie? I rzeczywiście... - Szwaby z lewej! Atakuję!... - Aż w uszach wierci, tak krzyknął.

Nim się spostrzegłem - wybuch na ziemi, potem dwa naraz - i za chwilę: - Zestrzeliłem jednego, blue jeden! Mówi niesłychanie szybko i czuję, że jest podniecony. Oczy wychodzą mi z orbit, ale nic nie mogę dojrzeć. Naraz jest - widzę! Jakaś maszyna w dziwnym wywrocie, tuż nad ziemią. Ależ wariat napewno się zabije! Potem jakieś iskierki na nim. Znikł mi z oczu. Znów jest, ale jak dziwnie wygląda. Aha! Na plecach, słup ognia... Tak jak był, w tej pozycji, wjechał w chałupę przy drodze. - No, ten to strzela - pomyślałem sobie.

W obrębie pół kilometra dopalają się cztery maszyny. Nie jestem pewien, czy to są wszystko szkopy. Może któryś z naszych też?... W każdym razie zestrzelenia są. Muszą zaliczyć. Tak stoimy!

Pierwsza walka powietrzna, jaką widziałem. Co za emocja! Trochę, strachu też. Mam wrażenie, że mi oczy wylazły na pół metra z głowy - nic nie mogę dojrzeć. Nie ma więcej Niemców. Odbezpieczam i zabezpieczam działka, zapalam i gaszę, celownik i w ogóle chcę wybić głową kabinę. Wódz zawraca nas, bo z benzyną bardzo krucho. Józio poleciał już dawno do domu, aby lądować pierwszym, bo u niego było najgorzej. Dolatujemy do miasta. Z drugiej strony jest nasze lotnisko. Widać tam jakieś błyski i ogień. Strzelają? Ale kto?

Jestem tak podniecony i zdenerwowany, że nie rozumiem, co się dzieje. Dopiero Józio skądś woła, że to Niemcy "strafują". Nabieramy wysokości i okrążamy lotnisko. Trzymam się Wacka i czuje się dziwnie pewny przy nim. Ale spociłem się. W dole ogień i czarne dymy zasłaniają runway i dispersale, zachodzą na miasto. Na tym tle migają sylwetki samolotów. Rozpoznaję Fw 190. Chodzą we wszystkich kierunkach. Złote iskierki wędrują po ziemi i co chwila wzniecają nowe pożary. Nie wiem, kiedy zapaliłem celownik i odbezpieczyłem działka. Wiem tylko, że zaraz, lada moment odwalę, w bok od prowadzącego i pójdę w dół. Dziwne uczucie, gdyż to jest niemal fizyczny nakaz, że tak musze zrobić, że to musi się stać. W pewnej chwili spostrzegam, że Tadzio, który był w naszej trójce, gdzieś znikł. Więc jest czas na mnie. Teraz jest okazja, teraz albo nigdy. Przewracam maszynę przez prawe skrzydło w momencie, gdy widzę jednego FW, który idzie prosto na lotnisko. Mam przewagę jakichś 3000 stóp. Więc szybko się zbliżam do niego od tylu. Cały drżałem wewnątrz, chociaż ruchy, jak sobie przypominam, miałem zupełnie opanowane.

Nic będę opisywał tego, co przeżywałem. To jest zbyt trudne i choćbym chciał, to nie potrafię tego zrobić. Przypuszczam, że nie zdaję sobie z tego nawet sprawy. Widzę czarną sylwetkę w celowniku, odległość jest jeszcze duża, ale nie wytrzymałem i nacisnąłem spust. Złote błyski na czarnych krzyżach. W tym momencie Niemiec robi gwałtowny skręt podciągany w lewo i wpada w czarny dym wiszący nad lotniskiem. Idę za nim. Przez moment ogarnia mnie ciemność. Wyrywam do góry. Znów jasno. Niemiec jest przede mną. Pcham wszystkie manetki do przodu i zbliżam się do niego. Siedzę mu na ogonie, ale jeszcze nie strzelam. Bliżej. Nagle robi on gwałtowny wywrót w dół. Machinalnie robię td samo i wówczas włosy stanęłyby mi na głowie, gdyby miały czas. Byłem tuż nad ziemią. To były najgorsze chwile: zdążę wyciągnąć czy nie. Ściągnąłem z całych sił, aż mnie zamroczyło. Niemiec wyprowadził, a Spitfire też nie zawiódł w tym wypadku. Znów mam przeciwnika przed sobą, znów wywrót i w koło, nie wiem, ile razy. Nareszcie rozkrzyżował mi się w celowniku. Strzelam. Wybuchy pocisków na prawym, skrzydle i nagle duża eksplozja w kabinie. Niemiec sypiąc z siebie jakieś kawałki wywraca się na plecy. W tym momencie widzę czerwone smugi idące pod i nad moimi płatami. Rzut oka w lusterko i orientuję się, że mam na ogonie dwa FW. Okrągły łeb czerni się całkiem groźnie. Zostawiam mego pierwszego i wyrywam w lewo w górę. Oślepiająca jasność zalewa kabinę, idę pod słońce. Znów się oglądam. No, chwała Bogu, jestem sam! Najwyższy czas lądować, gdyż wskaźnik benzyny pokazuje trzy galony. Zaczynam się rozglądać. W dali czarny pióropusz dymu. Więc tam jest lotnisko. Redukuję obroty do minimum i z duszą w piętach zbliżam się w tamtym kierunku. Na szczęście nie widzę żadnego F. W. Przeszkadza mi strasznie szum w słuchawkach. Po pewnym dopiero czasie orientuje, się, że to ja tak ciężko oddycham. W tej chwili ktoś mówi, że można lądować z wiatrem, gdyż od tej strony podejście nie jest pokryte dymem. Wypuszczam podwozie i klapy i bez rundy ląduję. Skręcam w prawo z runway'u, wyłączam silnik, wyskakuję z maszyny i czując ziemię pod nogami śmieję się. Wszystko jest OK. Tym razem wyszło na dobrze.

Jerzy Główczewski


Źródła:
Gorzula M., 1 styczeń 1945 r. [w:] Skrzydła. Opowiadania lotnicze, Wydawnictwo POKA, Hanower 1946