19 sierpnia 1942 r. - Eugeniusz Horbaczewski


Poniższy tekst to relacja por. Eugeniusza Horbaczewskiego (wówczas pilota 303 Dywizjonu Myśliwskiego im. Tadeusza Kościuszki) z lotu w dniu 19 sierpnia 1942 r. Tekst został spisany wkrótce po opisywanych wydarzeniach:

Nad ranem powiedziano nam: Dieppe. Już od dłuższego czasu zanosiło się na lepszą robotę, więc każdy z nas, usłyszawszy ten magiczny wyraz Dieppe, z radością zatarł ręce. Spodziewaliśmy się dobrej wojny, ale rzeczywistość przeskoczyła ruchem konika szachowego nasze marzenia. To była bardzo dobra wojna. No, ale do rzeczy. Byłem w drugiej zmianie pilotów i z bólem serca patrzyłem, jak pierwsza poleciała w nieznane. Co przywiozą? Jak tam jest i czy szczęście naszym dopisze? Oto były pytania, które skakały po głowie i nie pozwoliły usiedzieć na miejscu. Wreszcie zaczynają powracać, ale pojedynczo. Tu jeden, tam dwóch, a tam znów jeden. My już to znamy. Była dobra robota. Ukoronowaniem wszystkiego był powrót akrobatów. Jeden za drugim kręcą do ziemi beczki. Liczę cierpliwie: pięć. Pięciu szkopów mniej na starcie Luftwaffe, pięciu więcej na nowym... O.K. Przypomniały mi się dobre czasy niemowlęce i już dużo nie brakowało, żebym nie zadokumentował mojej radości. Parę słów z tymi, co wylądowali, i już siedzę w maszynie. Polecieliśmy.

Już jesteśmy nad Dieppe. Jeszczem takiej rąbaniny nie widzał. Wszędzie jednocześnie: w powietrzu, na ziemi w wodzie. W porcie się pali. Jeden z naszych statków też, a ja się palę na Niemców. Aha, otóż oni. Niestety, trochę za daleko i wysoko, więc dałem im spokój. Będą inni. I rzeczywiście - dwa F.W. 190 i dziwnie podpatrują, przewracając się z boku na bok, duży statek wojenny. Aha, to te kochane dwie bomby chciały zostawić po sobie 500-funtową pamiątkę. Nic z tego. Ja ich widzę, a oni mnie nie. To bardzo ładnie. Gaz, obroty i dociągam do nich z moim bocznym (Stasik) jak na gumie. Jestem około 200 jardów i już odkładam poprawkę. Skończyć się powinno jak na zamówienie. Niebo zakręciło się z wodą, my z Focke-Wulfami i wszystko zaczęło się kotłować. Tę moją upragnioną dwójkę zestrzelił ktoś inny. Za chwilę poszukujemy innych. Są! Tylko zamiast dwóch - około piętnastu. Dociągnęliśmy do ostatnich dwóch i oddaliśmy po krótkiej serii. Oba się zadymiły. Stasika poszedł prosto, a mój do ziemi. Siadłem mu na ogon i dodaję jak mogę trochę więcej żelaza, żeby mu zbyt lekko nie było. Posypały się kawałki, buda odleciała, a za nią pilot. Za chwilę w powietrzu bujał spadochron. Nieco później moi koledzy obserwowali nad własnym lotniskiem parę beczek więcej na znak zwycięstwa.

Eugeniusz Horbaczewski


Źródła:
Węgrzecki K., Kosynierzy Warszawscy, Veritas Foundation Publication Centre, Londyn 1968