3 września 1939 r. - Zdzisław Krasnodębski


Poniższy tekst to relacja kpt. Zdzisława Krasnodębskiego (wówczas dowódcy III/1 Dywizjonu Myśliwskiego) z lotu na przechwycenie niemieckich samolotów 3 września 1939 r. Tekst został spisany kilkadziesiąt lat po opisywanych wydarzeniach:

Trzeciego rano wystartowaliśmy jak zwykle na alarm i na wysokości około 3000 metrów spotkaliśmy dywizjon Messerschmittów 110, które zaatakowaliśmy. Wywiązała się zacięta walka, zaroiło się wkoło od walczących maszyn, smugi pocisków przecinały błękit nieba, krzyżując się z dymem palących się samolotów. Jednak walka ta długo nie trwała, gdyż niemieccy piloci zorientowawszy się, że mamy nad nimi przewagę w walce kołowej, dzięki dużej zwrotności naszych maszyn, zaczęli się wycofywać, a myśmy ich ścigali. Goniłem jednego z nich, ale niestety odległość zaczęła się zwiększać, więc widząc bezcelowość dalszego pościgu zawróciłem w stronę lotniska. Dolatując do miejsca, gdzie tak niedawno wrzała walka kilkudziesięciu samolotów, zobaczyłem obecnie tylko jednego Messerschmitta. Zdając sobie sprawę z tego, że samolot wroga jest szybszy od mego i trudno mi będzie dolecieć do niego od tyłu, na odległość skutecznego strzału zdecydowałem się na atak z przodu.

Lecieliśmy na siebie łeb w łeb, z moją lekką przewagą wysokości, jednak ognia z daleka nie otwierałem, gdyż mając tylko dwa karabiny maszynowe musiałem podlecieć blisko, aby mój atak był skuteczny. Pilot niemiecki natomiast miał ogromną przewagę uzbrojenia, mając cztery karabiny i dwa działka, zaczął strzelać ze znacznej odległości. Gdy zobaczyłem smugi pocisków w linii mojego lotu, poderwałem maszynę w górę, aby wydostać się ze strefy obstrzału, lecz w tym momencie samolot mój został trafiony i stanął w płomieniach. Bez namysłu odpiąłem pasy, odłączyłem radiowe słuchawki i wyskoczyłem, pociągnąłem rączkę spadochronu, który się rozwinął i zawisłem pozornie bez ruchu, w przestrzeni. Spojrzawszy w dół zobaczyłem moją maszynę jak szła do ziemi ciągnąc za sobą wstęgę ognia i dymu, aby za chwilę roztrzaskać się i stać się bezkształtną masą metalu - zrobiło mi się jej żal.

Po chwili rozejrzałem się po niebie i spostrzegłem, że nieprzyjacielski samolot zrobił wiraż i bierze kierunek w moją stronę. Strach mnie ogarnął, gdyż przypomniałem sobie fakt, że poprzedniego dnia jeden z kolegów został ostrzelany w czasie, gdy wisiał na spadochronie. Umierać nie chciałem, a nie było szans uratowania się i byłem skazany na bezczynne czekanie na to, co nieubłagany los przyniesie... Nagle patrzę, a tu jedna z naszych maszyn wali na szkopa na pełnym gazie. Atak ten był kompletnym zaskoczeniem dla Niemców i po paru sekundach samolot, bez żadnego odruchu obrony, poszedł w płomieniach do ziemi wraz z załogą, a ja spokojnie wylądowałem pod osłoną latającego kolegi, którym był por. Cebrzyński.

Poparzenia opatrzył mi dywizjonowy doktor i dalej dowodziłem dywizjonem.

Zdzisław Krasnodębski


Źródła:
dokumenty z Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie