25/26 i 26/27 kwietnia 1942 r. - Marceli Neyder


Poniższy tekst to relacja por. Marcelego Neydera (wówczas pilota 307 Dywizjonu Myśliwskiego Nocnego "Lwowskich Puchaczy") z lotów nocą z 25 na 26 i z 26 na 27 kwietnia 1942 r. Tekst został spisany parę dni po opisywanych zdarzeniach:

Dnia 25 kwietnia 1942 roku kazali się pospieszyć ze startem, więc powód wiadomy: idą. szwaby. Kurs 180 stopni w morze. Nabieram wysokość lecąc im na spotkanie. Wypada przywitać gości u progów - no i spóźnić się nieładnie.

Na wysokości 14 tys. stóp S/Ldr Brown, ze stacji Exminster, każe zawrócić na kurs 010 stopni, zawiadamiane, że "customer" jest dwie mile przede mną. Po chwili operator, Sgt. Woźny, już go trzyma na swej "tubie". Podaje odległość, trochę wyżej i trochę w lewo. Przechodzimy cieniutka chmurę, po prawej stronie ciemne chmury, za nami również. Przed nami jasne "okno", a w tym oknie ciemna plama. Szwab. Leci spokojnie, bo przecież do brzegu angielskiego jeszcze 20 mil.

Operatorowi dziękuję za pomoc, zwiększam trochę szybkość i biorę go na celownik. Powoli rośnie, ma cztery bomby pod skrzydłami, cztery ogniki z rur wydechowych, jeden statecznik - Ju 88.

Mam go cały czas na celowniku, ale chcę podejść jak najbliżej. Wreszcie jesteśmy około 200 metrów z tyłu. Naciskam spust i prawie w tym samym momencie ciemna bryła odrywa się od samolotu i od razu otwiera spadochron. Jakieś kawałki przelatują, obok. W chwili gdy oddaję drugą serię, wyskakuje jeszcze dwóch lub trzech szwabów i na chwilę zostają w strumieniu pocisków.

Prawy zbiornik pali się. Maszyna powoli spływa w dół, wali się na lewe skrzydło i przechodzi w pikę. Mówię przez radio o zajściu. Chcę go wykończyć zupełnie, ale kontroler każe czemprędzej nabierać z powrotem wysokość, bo następnego klienta. Niemców idzie dość wielu. Niestety nikomu więcej tej nocy krzywdy nie wyrządziłem. Żal mi trochę tego biedaka, który otworzył spadochron i łudził się, że mu to pomoże. Na pewno się przeziębi, bo przecież jeszcze się sezon kąpielowy nie rozpoczął, a "żabką" ani rusz do brzegu nie dopłynie.

Następnej nocy znów lecę na patrol. Na 10 tys. stóp, w chmurach, jest trochę niemiło. Śnieg zatyka mi szybkościomierz, a bez tego drobiazgu człowiek się gorzej czuje. Trochę śmieszne, ale tak jest. Pogoda trochę słabsza. Na 15-stu tysiącach stóp chmury się kończą. Jest jasno, księżyc świeci cudnie. Przemywam szybę ze śniegu, wychodzę na 15 tys. stóp i rozpoczynam normalny, nudny trochę patrol. Po kilkunastu minutach, szybkościomierz znowu zaczyna za mnie myśleć (według zdania kpt. Sawczyńskiego). Brzęczymy przeszło godzinę w powietrzu. Biedny radiooperator Sgt. Woźny martwi się od czasu do czasu, czy już przełączyłem zbiorniki, czy w ogóle wszystko w porządku (pewnej nocy na skutek złych wskazań szybkościomierza, zwaliliśmy się w korkociąg. Dobrze się skończyło, ale od tego czasu mój radiooperator-obserwator jest przy mnie nie tylko w znaczeniu fizycznym - martwi się na równi ze mną, gdy coś "nawala").

Wreszcie kontroler uprzedza mnie, że jakiś pojedynczy wywiadowca idzie od strony Francji. Wysokość 16-tu tys. stóp. Po kilkunastu minutach zaczynam kontaktowaś się z A. I. Obserwator robi to dobrze. Jest niżej, na 14-stu tys. stóp, tuż nad chmurami. Nie udało się od razu. Przechodzimy nad nim. Po tym odchodzimy w prawo i znów w lewo, aby wyjść na jego kurs. Nagle zobaczyłem go na tle białych chmur. Leci w poprzek naszej trasy. Robię zakręt i atakuję z tyłu z prawej. Obawiam się, że mnie zobaczy - jest tak jasno - i że schowa się w chmury zanim otworzę ogień. Decyduję się strzelać z odległości 400 metrów z "poprawką". Jedna długa seria - pociski armatek rozrywają się na kadłubie i samolot chowa się w chmurze. Widocznie pilot cały, bo robi zakręt o 180 stopni w chmurach i wraca najwyraźniej do Francji. Utrzymujemy cały czas kontakt A. I. Po tym go gubimy, ale lecimy na kursie podanym przez ziemię.

Schodzimy pod chmury na 7 tys. stóp, każą wołać inną stację G.C.I., ale ta nie odpowiada. Wobec tego zły, zawracam i po pół godzinie ląduję. Okazało się, że w czasie przechodzenia przez chmury, naskutek silnego lodowacenia i dużej szybkości, obłamały się antenki A.I. i oczywiście Sgt. Woźny stracił kontakt.

Pocieszył mnie następnego dnia kontroler, że pilot owego aparatu niemieckiego, zginął w połowie Kanału, czyli prawdopodobnie nie mógł już dolecieć do brzegu. A nawet jeśli doleciał, to ze stratą dla Luftwaffe, bo przecież bomb nie dowiózł, samolot będą musieli oddać na kilka dni do "M Flightu", a pilot na pewno się zaleje francuskim winem, ze szkodą dla zdrowia, jeśli nie zacznie pić nałogowo.

Marceli Neyder


Źródła:
dokumenty z Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego w Londynie (dzięki uprzejmości rodziny Neyderów)