16/17 sierpnia 1943 r. - Mieczysław Pawlikowski


Poniższy tekst to relacja st. sierż. Mieczysława Pawlikowskiego (wówczas bombardiera polskiej eskadry "C" w 138 Dywizjonie do Zadań Specjalnych RAF; 138 Squadron) z lotu specjalnego nocą z 16 na 17 sierpnia 1943 r. (zrzut dla francuskiego ruchu oporu). Tekst został spisany kilkadziesiąt lat po wojnie:

Urodzinowe rozważania przerwała wiadomość z dowództwa. Załoga nasza dziś leci na wojnę. Czas lotu - około ośmiu godzin.

Każdy lotnik musi wierzyć w przesądy. Jeśli nie wierzy, a pech chce, że coś się stanie, żyjący koledzy powiedzą wówczas z westchnieniem:
- Sam sobie winien. Dlaczego poleciał skoro:
...dostał telegram, że córka mu się urodziła...
...zostawił haubę w samochodzie i trzeba było po nią wracać...
...miał już kartę urlopową w kieszeni i dziś właśnie powinien wyjechać do żony... itd., itp.

Nikt oczywiście nie potrafi udowodnić, że gdyby nie poleciał, zostałby w gronie żyjących. Wszyscy jednak wierzą głęboko, że stało się to jedynie z przyczyny ignorowania "świętych praw przesądu".

Przed każdym lotem szliśmy fasować w magazynie spadochrony. Anglik, który nam usługiwał, pytał zwykle każdego:
- Czy dopasować szelki?
Odpowiadałem mu: "Nie trzeba. Wcale nie wybieram się skakać". Dawał spadochron i na tym się kończyło.

Kiedy zjawiłem się w dniu omawianego lotu, a on znów rzucił swoje "zawodowe pytanie", zastanowiłem się przez chwilę, ale by nie okazać, że coś się we mnie zmieniło, odrzekłem:
- Nie trzeba!
A on pierwszy raz dodał:
- Nigdy nie można wiedzieć, co na pana tam czeka...
Sentencja, zupełnie zresztą nie na miejscu, trochę mnie zdenerwowała. Aby mu jednak udowodnić, że słów tych nie biorę zbytnio do serca, chwyciłem pierwsze z brzegu szelki i nieco podminowany wybiegłem.

Wchodzimy do maszyny. Jasio idzie próbować silniki. Tu dopiero zauważył, że zapomniał gdzieś haubę. Wysyłamy więc mechanika na rowerze, a ten po długich poszukiwaniach przywozi - ale cudzą. Strasznie dużą. Szkoda jednak czasu - poleci w tej.

W maszynie jest jakoś dziwnie cicho, nikt tym razem nie żartuje.

Każdy, kto lata na wojnę, wie, że im bliżej końca tzw. "kolejki", tym częściej wkrada się w duszę lęk. Jest to rzecz zupełnie zrozumiała. Gdy było się kilkanaście razy nad terenem nieprzyjaciela, gdy zna się już mnóstwo możliwości "dostania po krzyżach", miejsce początkowej brawury i pewności siebie zastępuje powaga, ostrożność, a czasem po prostu lęk. Człowiek jest stworzony do chodzenia po ziemi, a nie do latania, i to właśnie tam, gdzie tysiące głów, rąk i maszyn pracuje, by w lataniu przeszkodzić, by ściągnąć śmiałka na ziemię. Więc człowiek zaczyna się buntować.

Szanse ukończenia operacji maleją potwornie z każdym lotem. Nerwy trzeba trzymać w garści. Z całej siły. Nie dać im brykać. A jak są silniejsze i ponoszą, nie okazać tego nikomu z załogi, zdławić w sobie, choćby kosztem kroplistego potu...

Nikt z załogi nie ma prawa wiedzieć, że nie wytrzymujesz, że cię roznosi. Wtedy bowiem, choćbyś był najlepszym kompanem na ziemi, powiedzą ci, byś z załogi odszedł. A to jest najboleśniejsze, co może cię w życiu spotkać. Trzeba więc nerwy dobrze złapać w garść!

Startujemy.

"Janka" toczy się ciężko, jakby wcale nie zamierzała oderwać się od ziemi. Przy samym końcu lotniska podskoczyła, przeszła ponad wierzchołkami drzew, znów solidnie "przepadła" i wreszcie zdecydowała się drapać w powietrze, ciężko, jakby od niechcenia.

Był to niewątpliwie najtrudniejszy start w jej bojowym życiu. Ważne, że się oderwała i że mamy już na zegarach nakazaną wysokość przelotową - 2000 stóp.

Mijamy znane skrzyżowania dróg, później duży węzeł kolejowy. Jeszcze godzina lotu i wyjdziemy nad Kanał.

Nad Kanałem, jak zwykle o tej porze, srebrna mgiełka, która przykrywa toń wody cieniem tajemniczości.

Z Kanałem wiążą się bolesne wspomnienia. Oto wielu kolegów, których brak odczuliśmy bardzo w naszych dywizjonach, tu właśnie złożyło swe ciała i szczątki maszyn. Nikt nie zdoła opisać, ilu dramatom rozpaczliwej walki o życie przyglądał się Kanał i ile dramatów zamknął na zawsze w sobie... To dziwne, nigdy, przelatując nad nim, nie myślałem o tym. Dziś mam uczucie, jakby żegnał, a równocześnie witał się, z ich smutnym losem.
- Za 10 minut nieprzyjacielski brzeg. Uważać na okręty!

Ledwie padły te słowa, z otchłani mgły wystrzeliły różańce kolorowych pocisków, z trzech stron naraz.

Silny unik w lewo - seria tuż przy kadłubie, unik w prawo - wybuch tuż przy ogonie.

Witek odpowiada seriami czterech sprzężonych karabinów - w maszynie zapach prochu i cisza.

"Janka" tańczy na wszystkie strony, jakby drwiła sobie z tych świecidełek, które pragną uczepić się jej kadłuba. Jeszcze kilka "pas" i zadarłszy ogon do góry, dała susa na brzeg i pomknęła kosiakiem. Zadowolona z siebie, przeskakiwała nad krzakami, uderzając do rytmu warkotem czterech silników. Za dwie godziny będziemy nad celem.

Oddychamy spokojem francuskiej ziemi, zapachem sierpniowego powietrza.

Rzeki i drogi, lasy i pola, wszystko to zdaje się przyjaźnie do nas uśmiechać odblaskiem księżycowego światła i ułatwiać pracę nawigacyjną, układając się zgodnie z mapą pod brzuchem maszyny.
- Jasiu, zmniejsz obroty lewego zewnętrznego, podskoczyła temperatura.
- O.K.
- Za pół godziny będziemy nad celem.
Pozostałe trzy silniki sygnalizują wskazówkami zegarów, że im gorąco, że rozgrzały się bardzo.
- Coś musiało nawalić.
- Może przestrzelili chłodzenie?
- Za piętnaście minut osiągamy cel.
Jest placówka. Zrzuty muszą być dokonane bardzo starannie. Muszą spaść na punkt. Pierwszy nalot nie udaje się. Robimy następny, lecz okazuje się, że nie można zamknąć drzwi bombowych.
- Przestrzelili przewód hydrauliczny.
- Rób szybko nalot! Zrzucimy i musimy się śpieszyć, żeby przed świtem zwiać przez Kanał.

Drugi nalot, spadochroniki z ładunkiem kołyszą się, dotykają ziemi. Zadanie wykonane. Mamy na zegarach około 900 stóp wysokości. Temperatura pozostałych trzech silników gwałtownie wzrasta. Drzwi bombowe otwarte i klapy opuszczone do maksimum stawiają szalony opór. Maszyna wciąż traci szybkość.
- Słuchajcie, nie dociągniemy do Anglii, przygotować się do skoku. Postaram się wdrapać, ile będzie można...

Zakładamy spadochrony. Moje szelki są potwornie duże. Z wściekłością pomyślałem o tym, który mi "wygadał skok". Ustalamy kolejność opuszczania samolotu.
- Ale maszyna jest jak kamień. Musimy lądować. Widzę tu polankę, spróbujemy na niej.

Jestem pewien, że myśli wszystkich pobiegły w tej chwili do kabiny pilota, który przecież jutro miał jechać do córki. Zrozumieliśmy, co znaczy przymusowe siadanie na czteromotorowej maszynie w nocy...
...Jasiowi nie ma prawa nic się stać.
...Choćby on jeden musi wyjść cało.

Układamy się w kadłubie na podłodze, spadochrony pod głowami - czekamy. Są to potworne chwile, podczas których przesuwa się przed oczami film całego życia, serce ściska żal, a równocześnie jakby rezygnacja. Usta, które zwykle w ciężkich chwilach szeptały modlitwy, by zabić lęk, teraz drżą, pęcznieją, palą...
- Uwaga! Siadamy.
Przymyka gaz. Słychać świst ciętego skrzydłami powietrza. Zapiera oddech. Serce, wszystkie wnętrzności podchodzą pod gardło, dławią.

Potworne jest czekanie na zderzenie z ziemią, która - Bóg raczy wiedzieć - czy nie wystrzeli w ostatniej chwili pniami drzew lub linią wysokiego napięcia. Wreszcie silne zderzenie, gasną światła, w maszynie błyski detonatorów i dym. Kłęby dymu wciskają się w płuca.
- Co z Jasiem! Przecież on jest sam jeden z przodu. Oszklony nos "Halifaxa" roztrzaskał się... Co z Jankiem?!
Maszyna toczy się po ziemi, podskakuje, ryje... Wyłazimy górnym otworem na zewnątrz. Samolot wciąż jeszcze sunie po ziemi.
- Jasiu! Gdzie Janek?!
- Musiało go przygnieść w kabinie!
- Rozbijać kabinę - słychać ze wszystkich stron.

Podbiegamy do kabiny pilota, by go wyciągnąć i oto... Janek najspokojniej wyskoczył na płat i otrzepał ubranie. Twarz, jak i my wszyscy, miał kompletnie czarną. Przed rozbitym nosem "Halifaxa" stała ściana drzew. Poczciwa maszyna jakby wiedziała, że musi zatrzymać się przed nimi. "Janka" zdawała sobie sprawę, że jej los jest i tak przesądzony, ale wierna chciała być ludziom, którzy przeszli z nią tyle chwil pięknych i ciężkich. Nie mogła sprawić im zawodu. Toteż ze smutkiem wielkim podpalaliśmy "Jankę", a ona płonąc ze spokojem i z godnością, jakby przepraszała nas, a szczególnie Jasia, że nie dociągnęła do bazy, że zostawia swoją załogę na obcej ziemi, na niepewny los...

Mieczysław Pawlikowski


Źródła:
Pawlikowski M., Siedmiu z Halifaxa "J", Wydawnictwo MON, Warszawa 1975