14/15 sierpnia 1944 r. - Antoni Zagórski


Poniższy tekst to relacja por. Antoniego Zagórskiego (wówczas nawigatora 1586 Eskadry do Zadań Specjalnych) z lotu nocą z 14 na 15 sierpnia 1944 r.:

Data: 14 sierpnia, 1944
Samolot: Halifax typ 2; "B" - Baker-171. Stary grat, ma złą opinię w dywizjonie; przy oblatywaniu przed lotem bojowym "wypadła" (wysunęła się samoczynnie) jedna klapa skrzydłowa.
Baza: Campo Casale, Brindisi.
Cel: WARSZAWA.

19.38. - Jesteśmy w powietrzu.

19.44. - 1000 stóp nad bazą, kurs 024˚, nabieramy wysokości.

20.30. - Przekraczamy brzeg Jugosławii na północ od Ochridske Pleso, ten sam kurs do wyspy na Dunaju, trochę na wschód od Belgradu. Nad morzem i nad górami Jugosławii jesteśmy bezpieczni, zapowiedziana burza czeka nas gdzieś za Dunajem. Nad pierwszym łańcuchem gór oczywiście wypada nam klapa... Mocne pochylenie na lewe skrzydło i utrata wysokości. Sprawa załatwiona, już wiemy, jak to wygląda w praktyce...

21.54. - Pod nami Dunaj. Kurs 000˚. Zamierzam obejść Nowy Sącz od wschodu. Z Nowego Sącza działają nocni myśliwcy. Zaczynają się chmury burzowe. Lecimy na wysokości 9000 stóp. To wystarcza, by przelecieć bezpiecznie Karpaty. Wyżej iść na naszym Halifaxie nie należy ze względu na konieczność oszczędzania paliwa.

22.25. - Burza i silne wyładowania elektryczne, temperatura spada, miła możliwość oblodzenia, pierwszy szron. Na szczęście na tym się kończy, a pociecha ta, że nocni myśliwcy też nie lubią takich warunków.

23.05. - Wysokość 9400 stóp, znaczny spadek temperatury, przekraczamy "zimny front" atmosferyczny. Trzeba myśleć o schodzeniu z wysokości. Ziemi nie widać, przez radio nic nie chwytamy, żadnego namiaru nie można dostać, innych pomocy nawigacyjnych nie ma. Gwiazdy widać pojedyncze i tylko od czasu do czasu. Jeśli zaczniemy schodzić za wcześnie, to możemy w tych chmurach wmeldować się w góry, jeśli za późno, mogą nas spruć myśliwcy z Nowego Sącza. Widzę gwiazdę polarną, to chyba nic innego być nie może!

23.28. - Namiar na Polaris: 49˚32'. Tak! To już prawie Nowy Sącz! Nie ma czasu na obliczanie poprawki. Nawigator do załogi: "Schodzimy z wysokości, wszyscy uważają na ziemię, strzelec ogonowy na myśliwce! Coraz więcej przerw w chmurach, widać ziemię, staramy się schodzić tak, jak opada teren. Nagle chmury się kończą. Przed nami mnóstwo świateł oraz głębia wysokości i nocy. Mam wrażenie, że jesteśmy znacznie wyżej niż naprawdę. Ale nie pora teraz na ocenę własnych wrażeń. Dokoła nas coraz więcej flar myśliwskich, reflektory przed nami, obaj strzelcy krzyczą: "Myśliwiec z prawej!" - i zaraz potem rozlega się spokojny głos strzelca ogonowego, Janka Gieragi: "Kaziu, ja go widzę". Teraz ogonowy obejmuje dowodzenie. Flary wydają się jak reflektory, lecą do nas! Nie! To my lecimy do nich, tam gdzie przed chwilą był myśliwiec. Wreszcie i on jest blisko! "Kaziu, skręt w prawo i pod niego". Schodzimy szybko. Z lewej poleciały przed nami złociste kiełbaski. To jeszcze jeden myśliwiec podchodzi. Unik... i jesteśmy już nisko nad Wisłą. I sprawa staje się jasna: pod nami, na ziemi, toczy się walka na dużym łuku, gdzieś od Tarnowa aż hen po Sandomierz chyba, a może i dalej. Przelecieliśmy nad największym wybrzuszeniem ku zachodowi... Zniknęły już światła i flary, zniknęły reflektory i pociski świetlne... Widzę przed sobą jedynie jakieś malinowe światła stałe na ziemi, jakby światła pozycyjne (beacony)... Ale po cóż ich aż tyle? Po chwili rozumiem: są to rozżarzone kominy spalonych wsi. Widać dotąd doszła fala natarcia radzieckiego, która już odpływa. Lecimy na wysokości 50 do 100 stóp nad ziemią. Wypatruję łuny nad Warszawą. Noc bezksiężycowa, ale jasna, nic jednak nie widzę... Po paru minutach pojawia się nagle wysoki słup światła; naliczyłem kilka takich... Wybuchy! Po chwili jestem już pewien. To są strącone samoloty. Ta wojna na ziemi zepchnęła nas nieco na zachód. Nasz punkt, z którego mamy lecieć na cel, to jakieś glinianki koło Jeziornej, stamtąd na kursie 340˚, pod wiatr, zamierzam dolecieć do placówki na placu Napoleona. Ogród Krasińskich oceniam jako mało prawdopodobny do osiągnięcia. Zmieniam kurs w prawo, ku Wiśle... Nagle z obu stron biegnie do nas rój świetlnych pocisków. Przez krótką chwilę lecimy pod ich świetlnymi torami, bliżej ziemi niż wierzchołków tych torów. Nie! To nie dla nas ten zaszczyt, bo z jednej strony lecą pomarańcze, a ze wschodu ognie zielone. To pojedynek artyleryjski! Krótki moment nieprzeniknionej czerni i znów widzimy łuny kilku dużych pożarów... Nałęczów? Tam moja matka i siostra! Chyba nie... Puławy, Dęblin? Jakieś wioski w tym rejonie? Po chwili wychodzimy nad Wisłę i widzę koniec lewego skrzydła, jakby dotykał on brzegu... Niewysoki ten brzeg! Jeszcze moment i widzę Jeziorne i te glinianki (wodę). Kurs 340˚. "Kaziu, wysokość czterysta, wchodzimy na cel!" Pod nami coraz więcej domów, zaczyna się dym. Wpadamy w gęstą chmurę dymu, przez którą przebijają się nikłe światełka pocisków. Dym się zgadza z podanym nam kierunkiem wiatru, lecimy więc na dobrym kursie - tak rozumuję. Nawigator do załogi: "Drzwi bombowe otwarte! Przygotować się do zrzutu paczek! Pilot potwierdza: "Drzwi bombowe otwarte..." Powinniśmy już widzieć gmach Prudentialu na placu Napoleona. Od Jeziornej to tylko 4 do 5 minut lotu... Widoczność zero, nawet tracerów nie dostrzegam... Może przesmarowaliśmy ten łatwy cel? Decyduję się na obejście Warszawy od zachodu. Kurs 270˚. Za chwilę jesteśmy w ciemnościach, ale poza dymem. Kurs 000˚. Przypadamy nisko do ziemi. Mundek Szajner spokojnym głosem mówi: "Mamy przedziurawiony zbiornik, sporo paliwa uciekło, przełączam wszystkie silniki na ten przedziurawiony zbiornik. Wysokość 50 stóp nad ziemią. Ktoś pyta, czy dolecimy do bazy... Po chwili na wschód od nas odsłania się panorama płonącej Warszawy. Rozpoznajemy rozżarzony szkielet Dworca Głównego, za nim, nieco dalej, widać wśród ognia wysmukły Prudential. Myślę o moich bliskich, którzy są w tym ogniu. Tam wśród walczących jest Lula... Na Żoliborzu ciocia Marynia... Z obu stron, dość wysoko nad nami, krzyżują się reflektory... Wyrażamy nadzieję, że nie położą się tak nisko, by nas złapać... W tym samym momencie chwyciły nas. Przed nosem naszego grata leci gęsty rój pocisków świetlnych. Samolot jakby przepadł. Pomyślałem, że zaraz rąbniemy w ziemię. Mam wrażenie, że grad wali po tylnej części kadłuba... Złudzenie! To Janek Gieraga odpowiada ze swoich czterech karabinów maszynowych. I znów ciemno i spokój. Kurs 090˚. Widzę ulice, ale nie widzę żadnego ognia. Kurs 160˚. Pod nami więcej ulic i domów... i morze płomieni. Jak tu rozeznać sygnały w tym ogniu? Horyzont jest bardzo mały, ognista łuna przesłania wszystko, co znajduje się nieco dalej. Oceniam, że gdzieś w pobliżu musi być Ogród Krasińskich... I znów łapią nas za pysk reflektory. Oślepiają kompletnie. Słyszę głos pilota: "Zasłoń mnie". Samolot tańczy. Kilka sekund i znów jesteśmy w kompletnej, doskonałej czerni. Wreszcie przejrzałem. Widzę, że pod nami ta czerń jest bardziej czarna. To lasy na wschodnim brzegu Wisły. Jesteśmy dość wysoko, gdzieś nad Choszczówką, samolot znajduje się w płaskim zakręcie w lewo, przed nami Legionowo... Tam Wanda i Tadzik. Widzą jasne zakole Wisły. Widzę światła... "Kaziu, mocno w lewo". Widzę placówkę i dalej kilka innych. Tu spokój, tu nasi panują.

01.45. - Zasobniki poszły. Widzę dokładnie, jak spadochrony kładą się na jakiejś ziemiance, widzę ludzi i ich twarze podniesione ku nam.

01.47. - Kurs 190˚, do bazy! Byle dolecieć do Jugosławii, stamtąd są zawsze większe szansę powrotu do naszej jednostki w Brindisi. Cisza panuje dokoła. Żadnego strzału, żadnych świateł. W powietrzu też spokój. Płyniemy jak po gładkim jeziorze. "B" jak Baker niesie nas wspaniale. Już minęliśmy Nowy Sącz, przelatujemy Tatry, na prawo widzimy ich najwyższe szczyty. Wchodzimy nad morze średnich chmur; po pasmach wyższych poznać można większe doliny i rzeki... Tak, to zgadza, się z mapą. Gwiazdy bledną, zaraz będzie świt. Teraz lecimy nad górami i najważniejszy w załodze jest nasz inżynier pokładowy, Mundek Szajner. Porozsadzał on strzelców tak, by mogli obserwować liczne w tym gracie światła zbiorników paliwa. "Uważać na czerwone światła, to koniec paliwa, i zaraz meldować", polecił strzelcom. Pilota pocieszył, że gdy tylko jakiś silnik przerwie, on natychmiast przełączy zbiornik. I tak zbiorniczek po zbiorniczku osuszamy do dna, jakby to były butelki szkockiej whisky. Słońce wzeszło. Możemy schodzić z wysokości. Pod nami jakaś "wielka stolica". Cetynia czy może nawet Tirana? Płyniemy nad nią nisko i w blasku słońca. Zmieniam kurs na oko na 245˚ i proszę radiotę o QTE albo QDM. O dziwo, podają natychmiast: 256˚. Mało się omyliłem, a oni chyba tam mieli nas za nieboszczyków.

06.38. - Lądujemy. Po jedenastu godzinach i dziesięciu minutach lotu na parszywym Halifaxie 2, na ostatnich kroplach paliwa. W mesie oficer techniczny eskadry z uroczym uśmiechem powiadomił mnie, że poza paru nieważnymi dziurami przestrzelili nam też zbiornik chłodzącego glikolu, na szczęście w górnym rogu, więc nie wszystko nam uciekło. Na odprawie dowiedzieliśmy się, że" tej nocy osiem maszyn zostało zestrzelonych, w tym dwie z naszej eskadry, no i to, że tylko my i jeszcze jedna załoga wykonaliśmy nasze zadanie.

Antoni Zagórski


Źródła:
Kwiatkowski H., Bomby poszły, Wydawnictwo MON, Warszawa 1982