Wspomnienia (styczeń - lipiec 1940 r.) - Mieczysław Wolański


Poniższy tekst to fragment wspomnień por. pil. Mieczysława Wolańskiego z okresu styczeń - lipiec 1940 r. (służba w Polskich Siłach Powietrznych we Francji). Tekst został spisany pod koniec II wojny światowej lub krótko po niej (zapis ortograficzny/interpunkcyjny częściowo uwspółcześniony):

W taki to, niewesoły sposób, rozczarowani i zniechęceni, przywitaliśmy we Francji Nowy Rok 1940. Co nam on przyniesie? Jakie jeszcze niespodzianki zgotuje nam okrutny los lotnika-tułacza?

Dni wloką się żółwim krokiem. Spotkałem mjr. Libeka ze szkoły małoletnich, otrzymał list od żony. Pisała mu, że większość rodzin wojskowych powróciła do Krosna. Inni koledzy również otrzymują listy, tylko dla mnie nie ma nic. Zamartwiam się tym brakiem wiadomości o mojej rodzinie.

W styczniu przyszło oficjalne potwierdzenie, że rząd francuski podpisał umowę z gen. Sikorskim, na podstawie której wszyscy lotnicy wejdą w skład jednostek liniowych. Francuzi zgodzili się na utworzenie dwóch dyonów myśliwskich - 58 samolotów - i dwóch bombowych - 26 samolotów - oraz służby zaplecza. Wszyscy piloci będą wykorzystani w polskich albo francuskich eskadrach. Rząd polski pertraktuje również z rządem angielskim celem jednoczesnej organizacji kilku naszych jednostek na terenie Wielkiej Brytanii. Na razie Anglicy zgadzają się tylko na dwa dyony bombowe i służby pomocnicze, które wchodziłyby w skład RAF. Ogólna liczba naszego personelu wyniosłaby około 2000 ludzi. Znacznie później, będąc już w Anglii, dowiedzieliśmy się o przyczynach powściągliwości, z jaką Anglicy traktowali projekt tworzenia naszych jednostek. Głównym powodem był brak zaufania do naszych wartości bojowych. Polska dla Anglików była krajem zupełnie nieznanym, w hierarchii narodów świata stojącym bardzo nisko. W pojęciu przeciętnego Brytyjczyka nie było do pomyślenia, żeby polscy piloci mogli choć w przybliżeniu dorównać lotnikom Jego Królewskiej Mości. Wynikało to z typowego dla nich zarozumialstwa oraz przeświadczenia o bezwzględnej wyższości rasy anglosaskiej. Dla nich czarna Afryka zaczynała się już po drugiej stronie kanału La Manche. Powszechnie znaną była opinia dowódcy lotnictwa brytyjskiego marszałka Dowdinga, który twierdził, że lotnicy polscy, który przeszli druzgocącą klęskę i ponieśli tak ciężkie straty, nie zdołają otrząsnąć się z poczucia niższości i lęku w obliczu lotnictwa niemieckiego. Wiemy doskonale, że ten sam Dowding w kilka tygodni po rozpoczęciu się bitwy o Anglię nie szczędził słów uznania i podziwu dla naszych myśliwców, a dyony angielskie przejęły nasz sposób walki, który okazał się tak skuteczny.

Po podpisaniu umowy z rządem francuskim oczekiwaliśmy, że organizacja naszego lotnictwa ruszy raźnie i bez zgrzytów. Tymczasem prace przebiegają chaotycznie i przeżywamy jedno wielkie pasmo rozczarowań. Na zorganizowanie naszej bazy operacyjnej władze miały dość czasu, wykazały jednak w tej sprawie dziwną niechęć i niedołęstwo. Pod miastem Lyon znajdowało się wielkie lotnisko Bron z licznymi hangarami koszarami i budynkami mieszkalnymi. Przy odrobinie dobrej chęci można było pomieścić tu prawie wszystkich naszych lotników. Żadnych starań nie poczyniono. Oficerowie mieszkali w hotelach lub prywatnie. Znikomą część podoficerów ulokowano w przewiewnych barakach na lotnisku, olbrzymią większość umieszczono na przedmieściu Foire w jednej z hal powystawowych. Warunki godne pożałowania, słoma rozrzucona wprost na betonowej posadzce, ogrzewania żadnego nie było. Gdy nastały dość silne jak na Francję mrozy, sprawa nabrała posmaku skandalu. Ludzie zaczęli masowo podupadać na zdrowiu.

W rezultacie wielu interwencji i raportów część personelu z najgorszych pomieszczeń przeniesiono do baraków na lotnisko. Nic więc dziwnego, że nasza brać była rozgoryczona i zbuntowana przeciw jakiejkolwiek władzy. Trudno wymagać dyscypliny i posłuchu w takich warunkach. Dla utrzymania jakiegoś choćby ładu każdego dnia jeden z młodszych oficerów miał tam służbę. Trzeba było mieć dużo cierpliwości, wyrozumienia i umiejętnego postępowania, żeby nie wywołać wybuchu. A byli to przecież żołnierze, którzy w kilka miesięcy później w Anglii okazali się wyśmienitym personelem pomocniczym, bez którego nasz personel latający byłby jak bez sprawnej ręki. Nasz żołnierz był w gruncie rzeczy pełen głębokich wartości, czego złożył dowody swoją ciężką pracą, którą wykonywali z samozaparciem i pełnym poświęceniem, zdobywając sobie nasze najwyższe uznanie i szacunek.

W połowie stycznie przyjechało z Paryża około 200 oficerów w tym kilkunastu kolegów z mojego rocznika, z którego siedmiu: por. Z. Henneberg, W. Łapkowski, L. Paszkieicz, A. Ostowicz, J. Jankiewicz, F. Gruszka, A. Cebrzyński - wszystko piloci myśliwscy - zginęło w 1940 r. podczas bitwy o Anglię. Lotnikom polskim wojna nie poskąpiła bolesnych strat i ofiar. Wspomnienia nas żyjących niech będą hołdem dla męstwa i żołnierskiej śmierci tym, którzy swoje młode życie złożyli na ołtarzu ojczyzny.

Lotnicy podzielili się jakby na dwie grupy - tych, co chcieli jechać do Anglii i tych, co pozostają we Francji. Ja pozostaję na miejscu, nie mam na razie ochoty na dalszą włóczęgę, poza tym dla wielu z nas Anglia była jedną wielką niewiadomą, krainą wieczystej mgły.

Wydawało się nam wtedy dziwne, że Niemcy jeszcze nie rozpoczynają działań wojennych. Obecnie wiemy, że zwlekali, ponieważ podczas kampanii wrześniowej ponieśli poważne straty i musieli uzupełniać braki w sprzęcie i personelu.

Dochodzą do nas wiadomości, że niemieckie łodzie podwodne zatapiają statki angielskie na Atlantyku. Podobno Holandia i Belgia zarządziły mobilizację, bo Niemcy grupują swoje oddziały za granicą. Hitler, dufny we własne siły i pewny zwycięstwa, żąda od Francji części ziem przylegających do Nadrenii, od Anglików wysokiego okupu w złocie oraz prawa swobodnego korzystania ze wszystkich kolonii.

20 stycznia wojska sowieckie zaatakowały Finlandię. U nas wciąż służbowe czekanie. Pod koniec stycznia wyszło zarządzenie szycia mundurów, nareszcie będziemy z powrotem żołnierzami. 9 lutego przyjechał gen. Sikorski. Mieliśmy przegląd, musiało to jednak wyglądać trochę zabawnie, gromada oficerów w cywilnych ubraniach ustawiona w dwuszeregu. Generał miał do nas przemowę, w której obiecywał, że wkrótce będziemy zorganizowani. To słowo - wkrótce - słyszymy od kilku tygodni, ale w dalszym ciągu nic się nie dzieje. Finowie stawiają Sowietom skuteczny opór.

23 [lutego] ja i kilku kolegów otrzymaliśmy przydział do dyonu rozpoznawczego, który jest stacjonowany na lotnisku Bron. Zajęć żadnych nie mamy, włóczymy się tylko po hangarach i z kąta w kąt. Życie toczy się wolno, ale nieubłaganie w kierunku przeznaczenia, ale jakiego - jest dla nas niezbadaną tajemnicą. Sześć tygodni czasu upłynęło od rozkazu szycia mundurów, a my wciąż w cywilu. W początkach lutego, władze francuskie zdecydowały nagle wysłać pomoc dla Finlandii. Przejawiały niebywałą aktywność. Zorganizowany został pierwszy polski dyon myśliwski wyposażony w samoloty typu Caudron 714 i piloci nasi z miejsca rozpoczęli szkolenie. Na szczęście, w połowie marca Finlandia i ZSSR zawarły zawieszenie broni, co udaremniło wykonanie tego awanturniczego zamiaru, który skończyłby się tylko naszymi ciężkimi stratami, bo sprzęt francuski nie nadawał się do walki w terenie w tak trudnym, jakim jest Finlandia. W międzyczasie ja z trzema kolegami wyjechaliśmy do Salon na kurs instruktorski. Tu znowu okazało się, że dowódca stacji nie miał żadnych wytycznych w odniesieniu do nas. Wysłał depeszę do dowództwa po instrukcje.

Dopiero 9 [marca] zaczęliśmy latanie. Mimo półrocznej przerwy nie mamy żadnych trudności. Inne co prawda typy samolotów, ale po kilku godzinach treningu czujemy się doskonale. W ciągu 10 dni przeszkolono nas na czterech różnych typach: Morane 230, Caudron 445, Caproni i NAAS 57. 19 [marca] wróciliśmy do Lyon. Pojechaliśmy na lotnisko, spodziewając się, że zapędzą nas od razu do latania. Tymczasem powiedziano nam, żebyśmy się nie pokazywali bez mundurów, a mundury mają być gotowe, dopiero po świętach. W Paryżu nastąpił kryzys polityczny, upadł gabinet Daladiera. Paul Reynaud podjął się utworzenia nowego rządu. Ciekawe, co nastąpi dalej, jeżeli w tak krytycznym momencie zmieniają władze.

Często siedząc z kolegami, dyskutujemy i rozważamy, jak zakończy się wojna i kiedy wrócimy do domu. Jedni twierdzą, że to nie może trwać dłużej niż jeden rok, bo naród niemiecki nie wytrzyma tak olbrzymiego wysiłku i na Boże Narodzenie będziemy u siebie. Pesymiści kraczą, że potrwa to co najmniej kilka lat. Nasza gospodyni opowiadała nam, że jest w okolicy źródełko, które zawsze wytryska z ziemi na trzy miesiące przed zakończeniem wojny. Tak miało być w 1918 r. i podczas wielu innych wojen. Otóż źródełko to wytrysnęło 10 marca. Przepowiednia ta i tym razem sprawdziła się, ale z jak tragicznym dla nas rezultatem. Na razie nic nie wskazuje na szybkie rozwiązanie tej szarady, horyzont polityczny, zaciemnia się coraz bardziej. 24 marca, Wielkanoc, drugie to już z kolei święta spędzane na obczyźnie. Byliśmy na Mszy Świętej, którą odprawiono dla nas na lotnisku w hangarze. Nastrój wisielczy, znowu wracamy myślą do swoich, wspomnienia, ciągłe wspomnienia, czyżby to było wszystko, co nam teraz pozostaje?

27 marca odbyła się wielka uroczystość. Pierwsze sześć kluczy myśliwskich - osiemnastu pilotów - odchodzi do jednostek przyfrontowych. Zjechało się kilku generałów francuskich z całą świtą, przybył również gen. Sikorski ze sztabem. Miał wzniosłą przemowę, że teraz mamy możność walczyć przy boku potężnej Francji i że to dopiero początek i niedługo zostaną zorganizowane dalsze jednostki. Następnego dnia, rozpoczęło się szkolenie pilotów do dyonów bombowych. Latam codziennie po 4 do 5 godzin. Praca nie jest trudna, bo są to piloci z pewnym już doświadczeniem, chodzi tylko o zapoznanie się z nowym sprzętem. Specjalnie trzeba było zwracać uwagę na chowanie podwozia. Dotychczas w Polsce lataliśmy na samolotach z podwoziem stałym. W nowych typach podwozie chowa się zaraz po starcie i wypuszcza dopiero przed samym lądowaniem. Z początku trudno się było z tym oswoić i wielokrotnie musiałem przypominać uczniom o podwoziu. W międzyczasie trwał dobór personelu do grupy "angielskiej". Transporty, liczące do 200 żołnierzy wszystkich stopni, kierowano pociągami do Calais i Boulogne, skąd angielskimi statkami odpływali na wyspę. W marcu - jak ich nazywaliśmy - Anglików, przeniesiono na lotnisko Le Bourget pod Paryżem. Tempo wysyłki znacznie osłabło, a ci, którzy tam już przebywali, według napływających wiadomośc, również czekają w ciemno. W początkach kwietnia przyszły na nasze lotnisko Potezy 63. Był to najnowszy, dwusilnikowy, lekki bombowiec, pięknie opracowany aerodynamicznie. Po zapoznaniu się z nim, zacząłem szkolenie na nowym typie. Duże trudności sprawiało samo startowanie. Maszyna była bardzo czuła, trzeba było umiejętnie operować dwoma rączkami od gazu, w przeciwnym razie samolot uciekał w prawo lub w lewo i zamiast po linii prostej, startowało się "zygzakiem". Utarło się pośród pilotów powiedzonko, że gdyby wąż chciał czołgać się twoim śladem, to złamałby kręgosłup. Mimo tego szkolenie odbywało się sprawnie i szybko. Już po kilku tygodniach okazało się, że Polacy są w stanie wystawić znacznie więcej jednostek bojowych. Mieliśmy utworzyć 4 dyony myśliwskie, 3 bombowe i 3 rozpoznawcze. W teorii wyglądało to imponująco, w teorii też tylko pozostało. Na przeszkodzie stanął czas i ślamazarność naszych gospodarzy. W połowie kwietnia Niemcy zajęli Danię, która poddała się niemal bez oporu. Zaatakowali również i Norwegię, zajmując kilka portów.

Rozniosła się pogłoska, że nasza brygada ma być tam wysłana. Toczą się zażarte walki, w których bierze czynny udział flota angielska i kilka polskich jednostek morskich. Radosna wiadomość, że nasza łódź podwodna "Orzeł" przedarła się przez sieć niemieckich okrętów na Bałtyku i teraz jest w Anglii. Nasza druga łódź "Sokół" również tam dołączyła. Wypadki te pobudziły władze francuskie do bardziej energicznej akcji i były powodem powiększenia liczby polskich jednostek. Rozpoczęto organizację następnych dwóch dyonów myśliwskich oraz dyonu rozpoznawczego. Sformowany uprzednio dyon "Warszawski, jako jedyna samodzielna jednostka, otrzymał przydział do obrony Paryża. Tzw. grupa "Montpelier" rozbita na klucze, rozrzucona została wzdłuż linii frontu. Równolegle z nami na lotnisku Bron kilkunastu myśliwców szkoli się na samolotach Morane i Caudron. Mamy teraz czas wypełniony lataniem, przeszkalamy się na dziewięciu różnych typach. 19 kwietnia odbyliśmy przelot grupowy nad południową Francją. Dostaliśmy za zadanie przeprowadzić 5 maszyn do Tuluzy. Była piękna pogoda. Po starcie wzięliśmy kurs na wschód, żeby choć z dala zobaczyć ośnieżone szczyty Alp, ze słynną Mont Blanc na czele, potem wzdłuż doliny Rodanu i nad brzegiem Morza Śródziemnego, do Tuluzy, gdzie spędziliśmy noc.

Rankiem, korzystając z okazji, wybraliśmy się wszyscy do pobliskiego Lourdes. Zwiedziliśmy cudowną grotę, w której Matka Boska objawiła się Bernadecie. Sama grota wywarła na nas kolosalne wrażenie. Śnieżnobiała figura Matki Boskiej na tle ciemnej groty wywołuje nieziemskie uczucia, kolana same uginają się przed jej Boskim Majestatem. Zanosimy gorące prośby do Pocieszycielki Strapionych o wstawiennictwo za naszą znękaną ojczyznę, umęczony naród i nasze osamotnione rodziny. Modły niezliczonych pielgrzymów wznoszą się do stóp Najwyższego błagalnym szeptem: "Zlituj się, zlituj, nad ludem Swym". Dookoła groty zawieszone niezliczone protezy, laski i kule, oznaki cudownego wyleczenia. Nabrawszy wody u źródełka w skupieniu i głębokiej ciszy opuściliśmy święte miejsce.

3 maja obchodziliśmy nasze święto narodowe. Mszę Świętą na lotnisku w hangarze celebrował kardynał miasta Lyon, który specjalnie w tym celu przyjechał. Miał dla nas serdeczne przemówienie. Po mszy dowódca bazy uroczyście wręczał nam odznaki pilota francuskiego, co miało być szczególnym wyróżnieniem. Położenie w Norwegii pogorszyło się, gwałtowne walki toczą się o Narwik. Są pogłoski, że Włosi mają tendencję do połączenia się z Niemcami. 7 maja przyszła smutna wiadomość, że nasz kontrtorpedowiec "Grom" został zatopiony u brzegów Norwegii, zginęło 65 marynarzy. Dziś nad naszym lotniskiem przeleciał samolot niemiecki, pewnie robił zdjęcia.

10 maja skończyła się francuska sielanka. Niemcy, obchodząc linię Maginota przez Belgię i Luksemburg, uderzyły na Francję. Władze francuskie nie wyciągnęły żadnych wniosków z kampanii wrześniowej i teraz za to drogo płacą. Armia francuska, mimo że - łącznie z Brytyjczykami i polskimi oddziałami - posiadała liczebną przewagę, nie była przygotowana do nowego systemu walki, tak dobrze nam znanego "blitzkriegu". Niemieckie kolumny pancerne wspomagane z powietrza przez około 3000 samolotów Luftwaffe nie spotkały nigdzie poważniejszego oporu. Lotnictwo francuskie nie potrafiło skutecznie przeciwstawić się powietrznemu natarciu.

Z dnia na dzień sytuacja pogarsza się, nadchodzi upadek największej potęgi militarnej Europy, a z nią zamierają nasze nadzieje na zwycięstwo i powrót do kraju. Klęska gen. Corope w Ardenach rozpoczęła odwrót na całej linii frontu. Niemcy bez trudu przebili się pod Dunkierkę, gdzie po ciężkich walkach brytyjski korpus ekspedycyjny zdołał się przedostać do Anglii, ponosząc bardzo poważne straty. Epokowym wyczynem była ewakuacja prawie 200 tys. żołnierzy, w której wzięła udział niemal cała flota brytyjska, wspomagana tysiącem prywatnych łodzi, wszelkiego rodzaju i gatunku. Po klęsce w Ardenach oraz kapitulacji Belgii i Holandii droga do Paryża stała otworem. Francuzi ogłosili Paryż otwartym miastem.

10 maja powtórzyła się dla mnie historia z 1 września. Rano zbudził mnie alarm i kanonada artylerii przeciwlotniczej. Myślałem z początku, że strzelają do pojedynczego samolotu. Tymczasem okazało się, że nadleciało 9 maszyn, zbombardowali nasze lotnisko, hangary i budynki mieszkalne. Zginęło 16 żołnierzy, w tym sześciu Polaków. Było kilkunastu lżej lub ciężej rannych. Po południu powtórzył się nalot, który, zupełnie nie po bohatersku, przeleżeliśmy w bruzdach na pobliskim polu. Nareszcie Francuzi zrozumieją, że nie biją się za nas, a za siebie, bo dotychczas przy każdej sposobności podkreślali, że to przez nas cała ta wojna. Wciąż łudzili się, że Niemcy ich nie ruszą.

Grupa pilotów pod moim dowództwem dostała rozkaz wyjazdu do Châteaudun po samoloty, które mamy przyprowadzić do Bron i tworzyć pierwszy dyon bombowy. Wielkie podniecenie wśród nas, nareszcie będzie okazja dobrać się szwabom do skóry. Po przyjeździe zostaliśmy dość serdecznie przyjęci, ale powiedziano nam, że pozostajemy tutaj na stałe, że nie ma czasu na organizowanie dyonu, będziemy natomiast dostarczać samoloty do eskadr przyfrontowych. Jeszcze jedno gorzkie rozczarowanie, pocieszamy się, że może nie potrwa to długo i dyon nasz będzie jednak uformowany. Czekamy na ostateczną decyzję z Paryża. Niestety, następnego dnia przyszedł rozkaz pozostania w Châteaudun. Tak rozpoczęło się nasze niebojowe, choć przyfrontowe latanie. Rozprowadzaliśmy samoloty zarówno myśliwskie jak i lekkie bombowe. Przez ten krótki okres wojny latałem na 17 różnych typach samolotów. Przeważnie nie mieliśmy nawet czasu na zapoznanie się z maszyną, mechanik objaśniał nam kabinę i po prostu latało się na wyczucie. Praca była wyczerpująca, lataliśmy w dzień, a w nocy wracaliśmy do bazy pociągiem lub samochodami. Często po nieprzespanej nocy trzeba było znów latać bez względu na zmęczenie czy też złą pogodę, samoloty musiały być dostarczone do frontu. Było to połączone z dużym niebezpieczeństwem, bo Luftwaffe miało bezwzględną przewagę powietrzną, a my lataliśmy bezbronni, pomimo wielokrotnych naszych skarg i zażaleń, nie dawano nam amunicji do karabinów maszyn. Zwykle lataliśmy lotem koszącym, co zapewniało większe bezpieczeństwo, ale utrudniało nawigację. Od czasu do czasu wyrywaliśmy do góry na krótki okres czasu, żeby się zorientować w terenie. Loty te, wymagające dobrego opanowania techniki latania, były dla nas doskonałym treningiem i próbą wytrzymałości nerwowej. Pomimo tych ciężkich warunków nasza grupa spełniała swoje zadania. Podczas tej akcji nie mieliśmy na swoim koncie ani jednego rozbitego samolotu, co wybitnie świadczyło o dobrym wyszkoleniu naszych pilotów. Jednego dnia niewiele brakowało, a dostałbym się do niewoli. 9 czerwca, kiedy północna Francja była już częściowo zajęta, ja i porucznik J. Nogal otrzymaliśmy rozkaz odprowadzenia dwóch Potezów 63 na polowe lotnisko koło Nantes na północno-zachodnim brzegu Zatoki Biskajskiej. Po wylądowaniu uderzyła mnie dziwna pustka, nie widać było żywej duszy w pobliżu. Tknięty przeczuciem dałem Józkowi sygnał, żeby nie wyłączał silników. Podkołowawszy do skraju lotniska wysiadłem z samolotu. W tej chwili podbiegł do mnie jakiś wieśniak i zawołał - Niemcy o jeden kilometr otaczają lotnisko. We mnie jakby piorun strzelił, wskoczyłem z powrotem do maszyny i z miejsca wyrwaliśmy stamtąd, jakby się za nami paliło. Tuż za granicą lotniska zauważyłem kolumnę czołgów z czarnymi krzyżami. Mieliśmy szczęście, gdybyśmy przylecieli o 5 minut później, wpadlibyśmy w ich szpony. Dowódca eskadry francuskiej, mimo że żądał uzupełnienia w samoloty, nie pofatygował się nawet, ażeby zawiadomić naszą bazę o zmianie miejsca postoju. Niemcy wciąż posuwają się naprzód. W głębi kraju ludność nie przejmuje się zbytnio wojną, wszyscy mówią, że podobnie jak w 1918 roku Niemcy dojdą do Paryża, a potem dostaną w skórę. My modliliśmy się, żeby to się sprawdziło, ale mamy bardzo poważne wątpliwości, tym bardziej, że 11 czerwca Włochy oficjalnie przystąpiły do wojny. Nasz rząd i sztab Naczelnego Wodza przeniósł się z Paryża do Angers. Francuzi wciąż nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji. Na dowód przytoczę następujący wypadek. Poleciałem do Cognac na samolocie Goeland (jest to 8-osobowy pasażerski samolot), żeby zabrać kilku naszych pilotów. Dowódca stacji, jakiś pułkownik, roześmiał się, gdy mu powiedziałem co się dzieje na północy. Był pewny, że Niemcy nigdy tu nie dotrą. Było tutaj przydzielonych trzech naszych pilotów myśliwskich do obrony lotniska, ale jeszcze nie przydzielono im maszyn. Dowódca mówi, że na to jest jeszcze czas. A na froncie coraz gorzej.

Włosi bombardowali Marsylię i Tulon, gdzie stoi potężna flota francuska. 15 czerwca Niemcy wkroczyli do Paryża. Francuzi zwrócili się o pomoc do Stanów Zjednoczonych 16 [czerwca] wieczorem. Komunikat radiowy doniósł o nowej zmianie rządu, na którego czele stanął tym razem bohaterski obrońca Verdun z I wojny światowej, marszałek Petain. Ze zmianą tą łączyliśmy wielkie nadzieje. Ten bohater narodowy, bożyszcze Francji, na pewno nie załamie się i będzie walczyć do ostatka. Następnego dnia rozeszła się pogłoska o zawieszeniu broni. Był to dla nas cios jak grom z jasnego nieba. Nie chcieliśmy temu wierzyć. 17 czerwca będzie jeszcze jednym żałobnym dniem w naszym kalendarzu. Potężna, niezwyciężona Francja prosi o pokój!

Marszałek Petain, wbrew naszym nadziejom i wbrew przymierzu zawartemu z Wielką Brytanią i Polską, chce się poddać Niemcom. W swoim orędziu do narodu oświadczył, że Francja jest pokonana i że on zwraca się do Hitlera jak żołnierz do żołnierza z prośbą o zawieszenie broni i rozpoczęcie rozmów o dalszych losach Francji. To nie była klęska, to była hańba! Wielkie imperium, które utraciło zaledwie jedną trzecią kraju, posiadające kilkumilionową armię, silną flotę, olbrzymie i bogate kolonie oraz potężnego sprzymierzeńca, nie chce walczyć i składa broń. Dziś zawieszenie broni, jutro haniebny pokój. Czarna rozpacz ogarnia, znów wszystko stracone.

Co teraz stanie się z nami? Hitler na pewno o nas nie zapomni, a Francuzi zrobią to, co on im podyktuje. Skutki orędzia marszałka Petaina były katastrofalne, żołnierze rzucali broń, rozchodzili się do domów, armia francuska o tak wspaniałych tradycjach przestała istnieć. Wszyscy wołali: "La guerre est fini!" - "Wojna skończona!". Niemcy posuwają się w głąb kraju nie napotykając żadnego oporu. Po raz drugi znaleźliśmy się w beznadziejnej sytuacji. W obcym kraju, wśród obcych ludzi, dla których staliśmy się ciężarem, uciążliwymi cudzoziemcami, a może dla nielicznych gorzkim wyrzutem sumienia. Francja stała się dla nas dalszym ciągiem tragedii września.

W pamiętnym onym dniu znajdowałem się z całą naszą grupą 20 pilotów na południu Francji, w Cognac, który stał się obecnie naszą bazą operacyjną. Wszyscy oczekują ode mnie jako dowódcy decyzji, co robię dalej. Uspokajałem naszych chłopców, że chwilowo czekamy na zarządzenia władz, jeszcze tłucze się w sercu nadzieja, że to może piąta kolumna sieje zamęt i wprowadza chaos i zamieszanie. Łudzimy się, że Niemcy postawią takie warunki pokojowe, że Francuzi nie będą mogli ich przyjąć bez utraty honoru. Patrząc jednak na to, co się dookoła nas działo, uwierzyliśmy, że wszystko jest możliwe. Francuzi po prostu nie chcą dalej walczyć. Pytam dowódcy stacji, co ma zamiar robić? Odpowiedział: czekać na rozkazy. My tak czekamy już od dziesięciu miesięcy. Francuzi coś przebąkują, że całe lotnictwo ma uciekać do kolonii. 20 [czerwca] przyszło zarządzenie od gen. Sikorskiego, by jak kto może, przedostać się do portów na południu i zachodzie Francji i nawiązać kontakty z marynarką brytyjską. Admiralicja nakazała okrętom zabierać na pokład wszystkich polskich lotników.

Dopiero później w Anglii dowiedzieliśmy się, że kiedy marszałek Petain zwrócił się z prośbą o zawieszenie broni, gen. Sikorski poleciał do Londynu i zapytał Churchilla, czy Anglia jest gotowa walczyć dalej? Churchill odpowiedział: "Generale, my razem na śmierć i życie". Generał Sikorski zaraz wydał rozkaz przez radio do Wojska Polskiego, wrócił do Francji i osobiście kierował ewakuacją naszych oddziałów i władz cywilnych. Powiedziałem naszej grupie, że natychmiast lecimy do Tuluzy. Przelot był ciężki, na całej trasie pogoda okropna, niskie chmury, ulewne deszcze. Rano okazało się, że jest nas tylko pięciu. Lecimy dalej do Vinon, gdzie był nasz następny punkt zborny. Pogoda w dalszym ciągu zła, lot niebezpieczny, bo teren górzysty. W Vinon odnalazła się cała nasza gromada z wyjątkiem dwóch pilotów, którzy odlecieli do Perpignan, skąd albo polecą przez morze, albo popłyną statkiem. W dzisiejszym komunikacie radiowym podano, że wyznaczeni zostali delegaci do rozmów pokojowych. Ciekawi jesteśmy, jakie warunki postawi Adolf. Komendant bazy wezwał mnie do siebie i powiedział, że mamy lecieć do Marignan koło Marsylii, skąd zabierzemy kilka maszyn do Afryki. W Marignan była fabryka samolotów, w której budowano najnowszy typ bombowca LeO-451. Nowoczesna maszyna, dwusilnikowa, z armatką strzelającą do tyłu. Do dziś dnia nie mogę zrozumieć, dlaczego Francuzi wybrali nas do transportu tych maszyn. Czyżby tylko do nas mieli zaufanie, że nie wpadną w ręce szwabów, a może ponieważ była to maszyna zupełnie nieznana, nieoblatana, nikt nie chciał podjąć ryzyka. Pilot fabryczny wziął mnie do samolotu, objaśnił kabinę i instrumenty, zrobił ze mną jedno okrążenie, on prowadził, a ja stałem obok niego, bo nie było drugiego siedzenia. Po wylądowaniu wysiadł i powiedział, że reszta należy do mnie. Musiał się bardzo gdzieś spieszyć, bo go więcej nie widziałem, nie czekał nawet żeby zobaczyć, czy nie rozwalę maszyny przy pierwszym lądowaniu. Zebrałem naszych pilotów i po kolei przeszkoliłem ich na nowym typie. Wieczorem gotowi byliśmy do lotu. Ponieważ było to lotnisko fabryczne, nie mogłem dostać żadnej mapy. Wybierać się na 900-kilometrowy przelot, w dodatku przez morze i to po raz pierwszy w życiu, było przedsięwzięciem dość ryzykowanym. Udało mi się znaleźć mapę samochodową północnej Afryki. Porobiliśmy sobie na niej szkice, obliczyliśmy kurs i czas trwania lotu. W zależności od siły wiatru i kierunku zajmie nam to od 3 do 4 godzin. Zdecydowałem, że polecimy do Algieru, bo było najbliżej, tym bardziej, że nie znaliśmy ani zasięgu, ani szybkości przelotowej LeO-451. Wszyscy byli podnieceni tym lotem, to była dla nas pierwsza poważna wyprawa. 24 [czerwca] była okropna pogoda, jak lotnicy mawiali: "Nawet wrony w taką pogodę nie latają". Przez cały dzień padał ulewny deszcz, chmury czołgały się po ziemi, mowy nie było o starcie. Po południu rozeszła się wieść, że oficjalnie podpisano zawieszenie broni i wstrzymano wszelkie transporty do Afryki. Zebrałem pilotów - poleciłem sprawdzić samoloty, szczególnie ilość benzyny i zapowiedziałem, że jutro lecimy bez względu na warunki atmosferyczne. Musieliśmy sami robić wszystko koło samolotów, bo żadnej obsługi nie było. Wieczorem zgłosił się do mnie pułkownik francuski oraz młody podoficer mechanik z prośbą, żeby ich zabrać ze mną, na co chętnie się zgodziłem. 25 czerwca, bez żadnych przeszkód, wystartowaliśmy skoro świt. Lecimy kluczem składającym się z pięciu maszyn.

Zaraz po starcie, gdy zorientowałem się, że pogoda nad morzem jest niesprzyjająca, dałem kolegom umówiony sygnał, że każdy z nas leci na własną rękę. Przez pierwszą godzinę czuję się bardzo nieswojo. Tuż nad naszymi głowami przewalają się złowrogie, burzowe chmury. Pod nami, dotykając niemal naszych stóp, rozciąga się szara morska otchłań. Powoli jednak otrząsam się z niepokojących uczuć. Obejrzałem się poza siebie, żeby raz ostatni rzucić spojrzenie na oddalający się ląd, który nie tak dawno jeszcze witaliśmy z taką radością i głęboką nadzieją w sercach. Pogoda na trasie bardzo zmienna, przechodzą szkwały, ulewne deszcze, niskie chmury zmuszają do lotu na wysokości zaledwie 50 metrów. Było to wyczerpujące, musiałem uważać, bo horyzont zlewał się z powierzchnią morza i łatwo było zawadzić o wodę. Po trzech długich, męczących godzinach lotu chmury podniosły się, słońce coraz częściej przedziera się przez ich kłębowisko. Wreszcie na horyzoncie zarysowała się ciemna linia brzegu. Orientuję się w terenie, szczęście nam sprzyjało, jesteśmy zaledwie 20 kilometrów od trasy, zboczenie - minimalne. Po 4 godzinach lotu ląduje w Algierze na lotnisku Maison Blanche. Całe lotnisko dosłownie zapchane samolotami, z trudnością znajduję miejsce do lądowania. Na ziemi upał niesamowity. Spotykam kilku kolegów i znajomych. Z naszej piątki są tylko cztery samoloty, jednej maszyny brak, pocieszamy się, że wylądowali na innym lotnisku, których jest tutaj kilkanaście. W kasynie pełno oficerów francuskich. Wygląda, jak gdyby całe ich lotnictwo zgromadziło się na Czarnym Lądzie. Po południu polecieliśmy do Oranu, gdzie mieliśmy zdać nasze samoloty. Wciąż nie ma wiadomości o zaginionej załodze. Tutejsze lotnisko również pełne samolotów, kasyno i koszary wypełnione po brzegi tłumem lotników. Z grubsza obliczyłem, że na dwóch tylko lotniskach znajdowało się około 500-600 samolotów gotowych do akcji, a lotnisk takich w koloniach było kilkanaście. Ogarnęła nas wściekła rozpacz na myśl, że Francuzi mając jeszcze tyle sprzętu, pieniędzy i bogactw, nie chcą walczyć dalej. Gdy się pomyśli, że oni teraz przy końcu wojny mają co najmniej trzy razy więcej samolotów niż my na jej początku, to serce się kraje. Wszystko to wpadnie w ręce Niemców. Myśleliśmy, że przynajmniej lotnictwo i marynarka dołączy do Anglików. Wśród całego tego mrowia zaledwie jednostki opowiedziały się za dalszą walką, olbrzymia większość była zadowolona, że wojna jest skończona, przynajmniej dla nich. Kolonie francuskie, które jeszcze przed kilku dniami ogłosiły, że nie uznają decyzji marszałka Petaina i będą prowadziły wojnę, zmieniły nagle front i poddały się wszelkim zarządzeniom rządu paryskiego.

Zamierzaliśmy z kilku kolegami zabrać nasze samoloty i wywiać do Gibraltaru, ale w nocy wymontowano z nich iskrowniki. Otrzymaliśmy instrukcję, że wszyscy Polacy mają się udać do Casablanki, gdzie organizuje się transport do Anglii. W Casablance podobnie jak niedawno w Balciku, gromadziło się nasze lotnictwo. Samo miasto, malowniczo położone nad Atlantykiem, pełne zieleni, palmowych gajów, szerokie, nowoczesne ulice, wspaniałe wille. Wszędzie widać bogactwo i przepych. Domy, malowane na biało, w blaskach tropikalnego słońca aż rażą w oczy swoją nieskalaną bielą. Było to na światową skalę zakrojona letniskowa miejscowość, wypełniona w tej chwili różnokolorowym i wielojęzycznym tłumem ludzkim. Od czasu do czasu słyszało się polską mowę. Znalazło się tutaj około 1000 naszych lotników oraz kilkuset żołnierzy z polskiej dywizji, która walcząc samotnie we Francji przedarła się do Szwajcarii, a drobna część, oderwawszy się od głównego korpusu zdołała się załadować na statek w Port-Vendres. Z późniejszych opowiadań kolegów dowiedziałem się, że poza naszą grupą, jeszcze dwa samoloty pasażerskie typu Goeland po cichu "wypożyczył" kpt. Rolski i wraz z mjr. Giedgowdem, zabrawszy na pokład 16 pilotów, przelecieli do Oranu. Pozostały personel lotniczy wszelkimi możliwymi drogami, niejednokrotnie ryzykując życiem lub dostaniem się do niewoli, przedostawał się do różnych portów, skąd brytyjskimi statkami odpływał na zieloną wyspę, nasz "Przylądek Ostatniej Nadziei". Kilku pilotów myśliwskich napotkawszy na lotnisku w Tuluzie na nowiusieńkie samoloty Dewoitine 520, które dopiero przed kilku dniami weszły do akcji, nie znając ich zasięgu ani wartości technicznych, skusili się i polecieli - jak się u nas mawiało - "na wariata" w stronę Afryki. Niestety wszyscy potonęli w morzu. Samoloty te miały paliwa zaledwie na półtorej godziny. Powtórny ten nasz exodus udał się szczęśliwie i nieomal cały personel lotniczy przedostał się do Anglii. Reasumując działania naszego lotnictwa, ani jeden dyon bombowy lub rozpoznawczy nie został sformowany, mimo że w samym tylko Lyon-Bron przeszkoliliśmy przeszło 200 pilotów, a w innych ośrodkach również odbywało się szkolenie, choć na mniejszą skalę. Można było lekko wystawić 6-10 dyonów. Cały ten potencjał lotnictwa bombowego został zmarnowany i niewykorzystany. W kampanii francuskiej brali udział tylko nasi myśliwcy. Walczył z Luftwaffe jedyny, wyłącznie polski dyon tzw. "Groupe de Chasse Polonaise de Varsovie". Druga grupa, tzw. Montpelier, była w obronie rejonu Paryża. Poza tym w szczególności piloci przydzielenie kluczami do francuskich eskadr lub w obronie ważnych obiektów wojskowych. Latali na sprzęcie francuskim, który - choć lepszy od naszego sprzed września - jakościowo ustępował samolotom niemieckim. Około 150 naszych pilotów zniszczyło ponad 50 samolotów wroga ze stratą własną 11 pilotów. Wyniki tych walk wymownie świadczą o wojnie straconych okazji, niedołęstwie dowództwa francuskiego, które nie sprostało naszym marzeniom i pragnieniom. Po raz drugi od chwili wybuchu wojny nasi lotnicy dali z siebie wszystko, odnosili zwycięstwa, ponosili bolesne straty. Decyzja marszałka Petaina o zawieszeniu broni wytrąciła im broń z ręki i zahamowała ich działalność. Francja upadła, sędziwy marszałek zdał się na łaskę i niełaskę führera.

W porcie Casablanca, który był bazą marynarki wojennej oraz łodzi podwodnych, zaczęto rozbrajać okręty, zdejmowano celowniki z dział, zabierano amunicję, torpedy, bomby głębinowe. Szwaby kładli łapę na wszystko. Oficerowie francuscy z dnia na dzień stawali się bardziej sztywni, z godziny na godzinę wzrastały w ich oczach trudności w sprawie naszego wyjazdu. Nasze władze konsularne były bezsilne. Ziemia zaczynała się palić nam pod stopami, czas najwyższy zostawić za sobą ten Czarny Ląd. Następnego dnia zjawił się wśród nas płk Iżycki, późniejszy nasz dowódca lotnictwa w Anglii. Polecił zawiadomić wszystkich, że pojutrze odchodzi statek do Gibraltaru, zbiórka na molo o godz. 8:00 rano 29 czerwca 1940 r. Po dziesięciu miesiącach pełnych tragicznych przeżyć, zawiedzionych nadziei, kompletnego upadku i po totalnej klęsce opuszczamy Francję. Wyruszamy w dalszą tułaczkę, udajemy się na "Wyspę Ostatniej Nadziei", skąd już nie będzie odwrotu.

Odpłynęliśmy dopiero przed wieczorem. Załadowano nas na statek towarowy bez żadnych kabin. Każdy znalazł sobie jakiś kącik na podłodze lub ławce. Przypomniała się nam poprzednia "luksusowa" podróż grecką łajbą, z Rumunii do Bejrutu. Kazano zabrać żywność na dwa dni. Na statku spotkałem por. Adriana, nareszcie mam wiadomości z pierwszej ręki o mojej żonie. Przez całą noc opowiadał mi o przejściach swoich i mojej żony, będącej w transporcie eskadry małoletnich, która we wrześniu przedzierała się z Krosna do granicy rumuńskiej. Po 24 godzinach dobiliśmy do Gibraltaru. Nie wypuszczają nas na ląd, bo jest to strefa ściśle wojenna. Po całodziennym postoju przenosimy się wreszcie na duży pasażerski statek, ale dla nas nie ma wolnych kabin. Stłoczono nas na dolnym pokładzie, w dużej hali, gdzie było nas ok. 500. Każdemu "przysługuje" ledwie 1 metr kwadratowy podłogi. Panuje upał tropikalny, czujemy się jak w tureckiej łaźni. Na szczęście wydano nam hamaki, więc urządziłem sobie posłanie na otwartym, górnym pokładzie. Zawsze to lepsze niż twarda podłoga i nieznośny upał i zaduch. Rozdano pasy korkowe i kazano je nosić przez cały czas.

Oprócz nas jest tu około 1000 Czechów z rodzinami, oni to zajęli wszystkie kabiny. Dobrze są znani z tego, że umieją chodzić koło swoich interesów. Nie wiemy nawet, skąd ich się tutaj nagle tylu wzięło. Chodzą pogłoski, że włosko-niemiecka komisja zaczęła urzędować w Casablanca, nie wiadomo, czy wypuszczą nasze następne transporty. Od czterech dni jesteśmy zupełnie odcięci od świata, nie mamy zupełnie żadnych wiadomości. 2 lipca wieczorem odpływamy nareszcie z Gibraltaru.

Mieczysław Wolański


Źródła:
dokumenty z Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego w Londynie