Ostatni lot Halifaksa II NF-S (W7773)


Wiosna 1942 r., mała miejscowość Okole pod Koronowem. Antoni Pantkowski wyszedł jak zwykle wczesnym rankiem z domu. Jego uwagę przykuł jednak dziwny przedmiot sporych rozmiarów leżący tuż obok przydrożnej kapliczki. Podszedł bliżej zdumiony. Przed nim, zaryty głęboko w trawę leżał zapasowy pojemnik na paliwo zrzucony z samolotu. Czyżby...? Nie, to chyba niemożliwe...

Noc z 29 na 30 października 1942 r., około godz. 3.30 czasu lokalnego. Tollefa Hellerena, norweskiego farmera, obudził huk samolotu. Z północnego zachodu wprost nad farmę nadlatywał potężny, czterosilnikowy samolot. Leciał tak nisko, że Tollef był pewien, iż zahaczy o farmę. Jednak płatowiec z rykiem silników przeleciał dalej kierując się prosto na południowy wschód. Farmer nie zdążył ochłonąć ze zdumienia, kiedy usłyszał potworną eksplozję i ujrzał wśród ciemności morze ognia. Po kilku sekundach rozległy się dalsze wybuchy.

Tollef Helleren udał się w pobliże miejsca katastrofy. Zajęło mu to trochę czasu, ale gdy tam dotarł, ujrzał piekło: ogień szalał, nie sposób było dojść bliżej ze względu na wciąż trwające eksplozje. Powrócił więc do domu. Rankiem jednak wrócił. Wciąż paliło się i wybuchało. W świetle dziennym Tollef mógł zorientować się w rozmiarach tego co się stało: samolot uderzył w ścianę skalną. Skrzydła odpadły. Wokół porozrzucane było dużo broni, amunicji i papierów. Leżały też zmasakrowane ciała lotników. Niektóre bardzo zmasakrowane...

Na miejscu katastrofy pojawili się wkrótce Niemcy. Należeli oni do III batalionu 355 pułku grenadierów (III Bataillon, Grenadier-Regiment 355). W raporcie sporządzonym przez dowództwo 280 Dywizji Piechoty (280 Infanterie-Division) stwierdzono, iż samolot został zestrzelony przez Niemców 10 km na południowy wschód od Egersund. Z tegoż raportu wynika także, iż na miejscu katastrofy zabezpieczono ciała dziesięciu zabitych, z których pięciu było w brytyjskich mundurach, a pięciu w cywilnych ubraniach. Prawdopodobnie dwaj lotnicy mieli na sobie swetry, stąd pomyłka. Przy wraku znaleziono także paczki z amerykańskimi dolarami, niemieckimi markami oraz mnóstwo fabrycznie nowej broni i amunicji produkcji brytyjskiej i amerykańskiej. Interesujący jest jednakże dalszy ciąg niemieckiego raportu. Stwierdza on mianowicie, że z kierunku lądu o godz. 9.40 nadleciał nieprzyjacielski samolot, a w trzy minuty później pojawił się drugi. Prawdopodobnie szukały one zaginionego Halifaksa. Skąd Brytyjczycy wiedzieli o katastrofie, skąd znali jej miejsce kilka zaledwie godzin po wypadku?

Roman Zetelski był polskim jeńcem w obozie Hestholan w Egersund. Tego dnia, wczesnym rankiem Niemcy zebrali grupę 10 Polaków i pod eskortą poprowadzili ich w nieznanym kierunku. Jak zeznał Zetelski w 1945 r., po ponad dwóch godzinach dotarli do odludnego miejsca nad niewielkim jeziorem, gdzie pod klifem skalnym piętrzyły się pogniecione blachy i fragmenty konstrukcyjne olbrzymiego samolotu. Było tam coś jeszcze - szczątki lotników. Trzy z nich spalone...

Niemcy kazali polskim jeńcom pozbierać ich do brezentowych płacht i zanieść do głównej drogi, gdzie załadowano je na furmanki. Stamtąd zwłoki zawieziono wozem konnym do Hegdal, gdzie szczątki lotników polscy jeńcy złożyli do trumien. Podczas zabierania i transportu zwłok, Polacy w tajemnicy przed Niemcami przeszukali kombinezon jednego z członków załogi. Ku ich ogromnemu zdumieniu na małej kopercie odczytali nazwisko: FRANCISZEK PANTKOWSKI. A więc nasi...

Kiedy norweski farmer zasiadał do kolacji, osiemset kilometrów dalej na południowy zachód, w miejscu szumnie zwanym lotniskiem, na stacji RAF Tempsford również do ostatniego posiłku przed lotem zasiadło dwudziestu dziewięciu mężczyzn. Dla dziesięciu z nich była to ostatnia wieczerza... Na tajnej stacji RAF Tempsford trwały właśnie gorączkowe przygotowania do lotu nad Polskę. Mechanicy dokonywali ostatnich oględzin trzech polskich Halifaksów, podczas gdy ich załogi omawiały szczegóły lotu. Po południu 29 października wszystko było gotowe do akcji. Tego wieczoru miały startować trzy Halifaksy. Pierwszy o godz. 17.45 wystartował F/Sgt Jensen Halifaksem II NF-A (W1229) w operacji "Brace" z sześcioosobową ekipą skoczków "Rudego" (ppłk. pil. Romana Rudkowskiego) na placówkę "Bratek", położoną 7 km na wschód od Radzymina.

W dziesięć minut później wzbił się w powietrze w ramach operacji "Pliers" F/Sgt Sobkowiak Halifaksem II NF-S (W7773) na którego pokładzie było trzech skoczków-cichociemnych: por. Szpakowicz ps. "Pak", por. Hencel ps. "Pik" i ppor. Bichniewicz ps. "Błękitny". Cichociemni mieli na sobie pasy z pieniędzmi na ogólną sumę 156 000 dolarów i 70 000 reichsmarek. Poza tym do Halifaksa załadowano jeden bagażnik, a w komorach bombowych dźwigał sześć zasobników. Celem lotu była placówka "Kur 407", położona 13 km na północ od Opola Lubelskiego, w rejonie wsi Rogów. Czy tam dotarli?

Ostatni wystartował o godz. 18.00 P/O Szrajer na Halifaksie II NF-T (W7774) w operacji "Wrench" - z dwoma bombami 500 funtowymi i czterema 250 funtowymi. Cel: główna siedziba Gestapo w Warszawie... Tak, mimo iż brzmi to może dzisiaj niewiarygodnie. Trzy potężne czterosilnikowce wystartowały w ciemność i noc i tylko to było pewne, że od chwili startu wszystko będzie sprzysięgać się przeciw nim. Niestety, tak też się miało stać.

Pierwszy samolot dotarł do celu, ale nie uzyskał kontaktu z grupą odbioru, a miejsce zrzutu nie było oznakowane zgodnie z umówionymi sygnałami, więc samolot wrócił do Anglii. W drodze powrotnej zabrakło mu paliwa i wylądował na rezerwowym lotnisku na wybrzeżu hrabstwa Norfolk. Był to rekord długości lotu dla Halifaksa: 14 godzin i 15 minut. O kondycji psychicznej lotników historia milczy, zaś my możemy (?) to sobie tylko wyobrazić.

Trzeci samolot też nie miał szczęścia. Nad Warszawą była zła widoczność i choć pilot P/O Szrajer znał Warszawę od dziecka, mimo trzykrotnego podchodzenia nad samymi dachami (!) od południa z rejonu Wilanowa uznano, że ryzyko jest zbyt duże. Wobec tego użyto fortelu i bomby zrzucono na warsztaty lotnicze na Okęciu. W drodze powrotnej Halifax został ostrzelany nad Danią przez niemiecki myśliwiec Ju 88. Ze względu na odniesione uszkodzenia samolot musiał wodować o godz. 6.40 u brzegów Anglii. Zarówno załogę jak i samolot uratowano.

Drugim w kolejności Halifaksem startującym tego wieczoru z Tempsford był NF-S (W7773) Porucznik Pantkowski, odpowiedzialny za łączność radiową, siedząc przy swojej "skrzynce" wpatrywał się przez boczne okno Halifaksa w miarową pracę dwóch potężnych śmigieł. Mimo solidnych, skórzanych kombinezonów było coraz zimniej. Jego wzrok padł na małą kopertę zaadresowaną przez niewprawną do polskich nazwisk rękę. List od Alice... Lepiej schować go pod kombinezonem, bo jak chłopaki zobaczą... Ale to nic, za kilka godzin będą nad Polską, nad Koronowem, gdzie nieświadomi niczego śpią rodzice i bracia. Gdyby tylko można dać im znać, że żyje, walczy, niesie pomoc, silny ojcowskim błogosławieństwem... Porucznik Pantkowski pomyślał sobie o trzech cichociemnych, czekających spokojnie w ogonie Halifaksa. O czym myślą, jak się czują? Cichociemni za kilka godzin wylądują na spadochronach w Ojczyżnie, godnie, z bronią w ręku. "A może i ja też powinienem zgłosić się i przeszkolić jako cichociemny...? Muszę pomyśleć o tym po powrocie, może na rybach będzie na to czas?".

Halifax, ich ukochany "smok", mielił tym czasem ciemność i arktycznie zimne powietrze czterema potężnymi śmigłami, które za kilka godzin odcisną swój ślad na zboczu norweskiej góry, aby spocząć na zawsze u jej podnóża...

Dowódca brytyjskiego 138 dywizjonu do zadań specjalnych W/Cdr Hockey, z braku wiadomości o losach załogi Halifaksa II NF-S (W7773), która nie wróciła z operacji "Pliers", uznał ją 30 października 1942 r. o godzinie 15.00 za "missing" - zaginioną. I tutaj rozpoczyna się zagadka, tajemnica ostatniego lotu F/O Pantkowskiego i jego załogi. Czy uda się ustalić cokolwiek więcej niż to, co dzisiaj wiemy? Czy musimy czekać na odtajnienie archiwów brytyjskich do 2020 r.?

"P-1571 FLYING OFFICER FRANCISZEK PANTKOWSKI, DFC". Radiotelegrafista i strzelec Halifaksa II NF-S (W7773) urodził się w Koronowie niedaleko Bydgoszczy, w niezamożnej rodzinie. Bardzo kochał rodziców i rodzeństwo. Typowa pomorska rodzina: z zasadami. Tacy byli i są do dzisiaj. Kiedy Franciszek postanowił kształcić się w szkole lotnictwa w Warszawie, poprosił ojca, ubogiego człowieka: "Nic od ciebie nie mogę dostać, proszę, tylko mnie pobłogosław ojcze". Kim był Franciszek Pantkowski? Pozostało po nim bardzo niewiele. Trochę dokumentów, kilka zdjęć, list od angielskiej dziewczyny z dziwnymi zapiskami na odwrocie a także... karta wędkarska na 1942 r. Wspomnienia brata i bratowej, mieszkających w Koronowie, którzy poświęcili całe życie, aby wyjaśnić tajemnicę jego śmierci...

Wiemy tyle: służył w PSP w Polsce od 27 września 1938 r. i brał udział w kampanii wrześniowej. Gdzie, kiedy? Nie udało się tego jeszcze ustalić. Od 2 stycznia 1940 r. służył w Polskich Siłach Powietrznych we Francji. 27 czerwca 1940 r. przybył do Wielkiej Brytanii, pod brytyjską komendą służył od 1 lipca 1940 r. W brytyjskiej randze Pilot Officera od 15 sierpnia 1941 r., rok później mianowany Flying Officerem. Od 10 marca 1941 r. służył w 301 Dywizjonie Bombowym "Ziemi Pomorskiej", gdzie po wylatanej turze lotów zgłosił się na ochotnika do 138 squadronu RAF, supertajnej brytyjskiej jednostki do zadań specjalnych. Był odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari, trzykrotnie Krzyżem Walecznych a także zaszczytnym brytyjskim Distinguished Flying Cross.

Leon Pantkowski, brat Franciszka, przez wiele lat, aż do swojej śmierci w 1990 r. starał się wyjaśnić jego losy. Pisał listy wszędzie, gdzie tylko widział nadzieję: do królowej brytyjskiej, Instytutu Sikorskiego aż po redakcję "Żołnierza Wolności". Nie obawiał się represji ze strony komunistycznych władz, bo losy brata były w tej rodzinie świętością. Dzielnie pomagała mu w tym żona Janina. Niestety, dowiedzieli się tyle, na ile otwarte były archiwa. A to było niewiele. Dopiero wiele lat później, dzięki kilku stronom internetowym udało się poznać pewne osoby i ustalić dalsze fakty. Niestety, archiwa Brytyjczyków, są w tym przypadku utajnione na 75 lat od ukończenia wojny. Stąd pozostają nam tylko spekulacje na temat ostatniego lotu F/O Franciszka Pantkowskiego, wiele pytań bez odpowiedzi. Po pierwsze: skąd Halifax znalazł się w ogóle o tym czasie i w tym miejscu?! Rzut oka na mapę wystarczy, aby zadać sobie to pytanie. Jeśli był rzeczywiście strącony nad południową Norwegią, nie wyjaśnia to kwestii, co polski Halifax tam robił?! Trasa lotów do Polski przebiegała kilkaset kilometrów na południe od miejsca katastrofy. Możemy wykluczyć błąd w nawigacji. Tym zajmował się F/O Mariusz Wodzicki, również odznaczony Virtuti Militari i DFC, doświadczony w lotach do Polski (był to jego dziesiąty lot na tej trasie). Również pozostali członkowie załogi byli świetnie zgranym i doświadczonym zespołem. A może dlatego właśnie zostali wyznaczeni do lotu na nowej trasie do kraju? Może ich zadaniem było sprawdzenie takiej możliwości? To jedna z hipotez, ale raczej mało prawdopodobna.

Wiadomo z całą pewnością jednak, iż polskie załogi ze 138 dywizjonu do zadań specjalnych latały nie tylko do kraju. Podczas krótkich, letnich nocy, kiedy loty do Polski były zbyt ryzykowne, Brytyjczycy wykorzystywali polskie załogi do lotów nad inne kraje, np. do Francji czy właśnie do Norwegii. Załoga Halifaksa NF-S (W7773) była nad południową Norwegią ze zrzutami nie raz. Może tam szukali ratunku?

Inne pytanie - skąd wzięły się brytyjskie samoloty zwiadowcze rankiem 30 października nad Helleren? To akurat wiemy. Otóż radiotelegrafista F/O Franciszek Pantkowski nawiązał kontakt ze stacją w Anglii i do ostatniej chwili nadawał położenie samolotu. Z całą pewnością podał także powód dla którego tam się znaleźli. Niestety, brytyjskie dowództwo nie kwapiło się poinformować Polaków nawet o stracie załogi. Być może samolot tracił wysokość i lotnicy zdecydowali się dla jego ratowania wyrzucić balast, niektóre z zasobników z zaopatrzeniem dla AK. Nie wiemy jednak co było tego przyczyną: oblodzenie? Kilka załóg zawróciło z tego powodu w drodze do Polski. Ostatni, który widział przelatującego Halifaksa, Helleren, nic nie wspominał o tym, aby dostrzegł ślady zestrzelenia: ogień lub dym. Samolot oznaczony literami NF-S leciał prosto jak po sznurku do miejsca katastrofy tracąc wysokość... Jak zwykle w sytuacji, gdzie jest wiele niewiadomych rodzą się różne spekulacje, hipotezy i domysły. Oto niektóre z nich.

Po pierwsze: podobno nie wszyscy zginęli na miejscu. Podczas zbierania materiałów do tego artykułu autor otrzymał z Norwegii anonimową informację, że tuż po katastrofie, wśród morza ognia było słychać głosy wołające o pomoc w języku polskim. Bardziej prawdopodobne jest jednak to, iż lotnicy do końca nie byli świadomi katastrofy. Potężny samolot lecący z szybkością ok. 300 km/godz. zderzając się z pionową skałą, ciemną nocą, nie pozostawia złudzeń. Owszem, była tam druga katastrofa, tym razem brytyjskiego samolotu z brytyjską załogą, gdzie przeżyło kilku lotników, zastrzelonych jednak natychmiast przez Niemców na podstawie wydanego kilka dni wcześniej rozkazu Hitlera.

Niestety, również nie może być prawdą rodzinna legenda Pantkowskich, iż na wiosnę 1942 r. Franciszek zrzucił z samolotu obok przydrożnej kapliczki tuż przy domu rodziców pusty pojemnik po paliwie, aby dać najbliższym znak, że żyje i walczy... Na pewno bardzo by chciał tak zrobić, ale z wielu względów to niemożliwe. Można jednak przypuszczać na podstawie trasy, iż podczas lotów do Polski raczej na pewno przelatywał ciemną nocą nad domem rodziców w Koronowie. My, współcześni nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, co w takich momentach czuli lotnicy. Oddajmy więc głos koledze F/O Pantkowskiego, F/Sgt Nowińskiemu, mieszkającemu obecnie w USA. W pisanym przez niego dzienniku znajdujemy opis lotu do kraju w mroźną, pochmurną noc 27/28 grudnia 1941 r.:

Widok był rzewny, a świadomość, że lecę wszak nad własnym krajem jako jeden z wolnych, gdy tam o tysiąc stóp pode mną zaledwie jęczą w niewoli okrutnej najbliżsi, ojciec lub matka - dodawała mi dziwnej otuchy, że to już niedługo tak będzie, że pierwsze jaskółki wolności wróciły z powrotem pod polską strzechę niosąc broń... Jezus Maria! Polacy, budźcie się! To my, lotnicy wieziemy wam broń: Słyszycie ten warkot? To pieśń bojowa. Do broni!!!.

Po co pisać tyle na temat jednego człowieka? Polscy lotnicy ginęli setkami podczas ostatniej wojny... Każdy z nich zasługuje przecież na pamięć? Może po to, aby nie stali się statystyką, aby członkowie straceńczych załóg dywizjonu 138 otrzymali swoje miejsce podobne do tego, jakie mają piloci słynnego "Dywizjonu 303" A. Fiedlera? Może po to, aby uhonorować małego Franka Pantkowskiego, który chciał zostać księdzem i dlatego wraz z bratem dojeżdżał rowerem do gimnazjum humanistycznego w odległej Bydgoszczy, aby za kilka lat stać się na tyle cenionym radiooperatorem i strzelcem pokładowym, że został przez Anglików udekorowany wysokim odznaczeniem Distinguished Flying Cross? Może po to, aby w czasach braku moralnych wzorców zadumać się nad słowami F/Sgt Nowińskiego, nad jego pamiętnikiem pisanym w hołdzie poległym dopiero co kolegom z Halifaksa NF-S (W7773):

Nadszedł pamiętny dzień, kiedy to załoga moja wystartowawszy do Polski... nie wraca z zadania i ginie bez wieści w służbie Ojczyzny, okrywając tajemnicą historję tegoż lotu! Zostało nas dwóch jeszcze, by kiedyś, gdy przyjdzie potrzeba- dać świadectwo prawdzie! Kronikę tą kończę w chwili, gdy Ci, którym pragnąłem poświęcić ją w dowód pamięci, przebywają daleko poza kręgiem śmierci, a może... żołnierską swą stopą, utrudzoną w tylu, tylu bojach, stąpają po cudzej ziemi w drodze do Polski... może po to, abyście byli pewni, że nie zostało Was dwóch tylko, którzy dadzą świadectwo prawdzie, jest nas coraz więcej!

Rodzina Helleren jest, jak dawniej, pochłonięta pracą na swojej olbrzymiej farmie. Jednak pamiętna ta noc w 1942 r. wpłynęła bardzo na ich losy. Oto w 1995 r. odsłonięto tablicę pamiątkową w miejscu tragicznego końca lotu polskiego Halifaksa. Dzięki kilku osobom co roku odbywają się tam uroczystości w rocznicę katastrofy. W 2002 r. Bjorn Bratbak, człowiek bardzo zasłużony dla tej sprawy, zapalił znicz w imieniu rodziny Pantkowskich, po raz pierwszy od sześćdziesięciu lat...

Pamięci załogi Halifaksa II NF-S (W7773):
obserwator por. Mariusz Wodzicki
I pilot st. sierż. Franciszek Sobkowiak
II pilot chor. Franciszek Zaremba
radiooperator por. Franciszek Pantkowski
mechanik pokładowy sierż. Czesław Kozłowski
dropper st. sierż. Tadeusz Madejski
strzelec sierż. Wacław Żuk

Cichociemni:
por. Wiesław Szpakowicz
por. Stanisław Hencel
ppor. Jerzy Bichniewicz

Marek Przybyłowicz



Por. rtg. Franciszek Pantkowski (drugi od prawej) ze swoją załogą w okresie służby w 301 Dywizjonie Bombowym "Ziemi Pomorskiej". Zdjęcie wykonano na tle hangaru bazy RAF Hemswell na przełomie lat 1941-1942 r..

Kadra oficerska 138 squadronu RAF (w tym polskie załogi) sfotografowany w kwietniu 1942 r. w bazie RAF Tempsford. Tłem dla grupowego zdjęcia jest jeden z Halifaksów wykorzystywanych przez jednostkę. Od lewej siedzą: por. naw. Mariusz Wodzicki, por. naw. Radomir Walczak, kpt. naw. Stanisław Król, W/Cdr Ronald C. Hockey (ósmy); trzeci od lewej stoi por. rtg. Franciszek Pantkowski.

Por. rtg. Franciszek Pantkowski był jednym z najwyżej odznaczonych polskich lotników w specjalności radiotelegrafisty. Zdjęcie przedstawia dekorowanych Distinguished Flying Cross lotników, którzy "zapracowali" na to odznaczenie w różnych jednostkach. Od prawej: kpt. naw. Czesław Dej, por. Pantkowski, por. pil. Stanisław Liszka, kpt. pil. Teofil Pożyczka, por. pil. Franciszek Jakusz-Gostomski, kpt. naw. Bolesław Jarkowski, kpt. pil. Jerzy Iszkowski, por. naw. Marian Aduckiewicz. Baza RAF Hemswell, 5 października 1942 r.

Halifax II o numerze ewidencyjnym RAF W7773 podczas oblotu fabrycznego. Ta sama maszyna trafiła potem do 138 squadronu RAF i w oznaczeniach NF-S rozbiła się nocą z 29 na 30 października 1942 r. w Norwegii.

Skała koło miejscowości Helleren w Norwegii, o którą nocą z 29 na 30 października 1942 r. rozbił się powracający z lotu specjalnego do Polski Halifax II NF-S (W7773).

W miejscu katastrofy na skale, umieszczono tablicę upamiętniającą poległą załogę oraz cichociemnych.

W miejscu katastrofy po blisko 70 latach nadal znajdują się metalowe elementy wraku samolotu.

Inne ujęcie przedstawiające częściowo zanurzone w wodzie fragmenty rozbitego Halifaksa II NF-S (W7773).

Pomnik na grobie załogi Halifaksa II NF-S (W7773), trzech cichociemnych oraz 24 innych Polaków, którzy zmarli i zginęli w Norwegii w latach II wojny światowej na Vestre Gravlund (Cmentarzu Zachodnim) w Oslo.

Zbliżenie na napis na pomniku.

Tablica z nazwiskami poległych lotników.


Źródła:
fotografie autorstwa: pana Krzysztofa Kowalkowskiego, pana Marka Przybyłowicza
fotografie ze zbiorów: Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego w Londynie (dzięki uprzejmości pana Wojtka Matusiaka), pana Zbigniewa Charytoniuka, pana Marka Przybyłowicza
dokumenty z archiwum Ministerstwa Obrony Wielkiej Brytanii (Ministry of Defence)
Bieniecki K., Lotnicze wsparcie Armii Krajowej, Wydawnictwo ARCANA, Kraków 1994
Bieniecki K., Polskie załogi nad Europą 1942-1945, Bellona, Warszawa 2005