"Polski" Messerschmitt Bf 109


Z pewnością jednym z najciekawszych samolotów Polskich Sił Powietrznych był pojedynczy egzemplarz Messerschmitta Bf 109, myśliwca nieustępującego swą legendą angielskiemu Spitfire'owi i przez całą wojnę - od września 1939 r. do maja 1945 r. - groźnego wroga polskich lotników. "Polski" Bf 109 (wg innej nomenklatury Me 109) był przez pewien czas w posiadaniu 318 Dywizjonu Rozpoznawczego "Gdańskiego", który w latach 1944-1945 wspomagał we Włoszech działania bojowe m.in. 2 Korpusu Polskiego.

Cała historia zaczęła się, gdy 16 kwietnia 1945 r. z lotniska Lucko (na terenie dzisiejszej Chorwacji) cztery Messerschmitty wystartowały na lot rozpoznawczy w rejon miasta Sinj. Samoloty te należały do chorwackiej jednostki myśliwskiej 2 Lovačko Jato, walczącej po stronie III Rzeszy. Podczas lotu dwóch pilotów, Lt. Vladimir Sandtner (na Bf 109G-10, "czarna 4") oraz Lt. Josip Cekovic (na Bf 109G-14, "czarna 10"), odłączyło się i skierowało w stronę Włoch, aby poddać się oddziałom alianckim. Cekovic wylądował w Jesi, natomiast Sandtner w pobliskiej Falconarze. Ten ostatni był Chorwatem słowackiego pochodzenia, w 2 Jato służył od marca 1945 r. (wykonał 5 lotów bojowych). Wcześniej latał w 15.(Kroat)/JG 52 (chorwackiej eskadrze Jagdgeschwader 52) na froncie wschodnim i uzyskał 1 potwierdzone zestrzelenie.

Samolot Sandtnera - czarna "4" - był w wersji G-10 i posiadał typowe, chorwackie oznaczenia (liść klonu i szachownica) oraz niemiecki kamuflaż. Dalsze losy Messerschmitta opisał Jan Preihs:

Ostatnim miejscem postoju 318 dywizjonu było lotnisko Tisano, blisko miasta Udine. Kwatery nasze mieściły się w zarekwirowanym pałacyku miejscowego notabla. Było to już po 6 maja 1945 r., dniu zawieszenia działań wojennych we Włoszech. Atmosfera napięcia i rygoru znikła, a jej miejsce zajął spokój i rozprężenie nerwowe. Miasto samo dostarczało pewną dozę atrakcji dla personelu, chociaż w skali raczej skromnej, po rabunkowym okresie pobytu okupanta. Dywizjon miał wiele rozmaitych powiązań z jednostkami naziemnymi i lotniczymi, które teraz wymagały częstych wyjazdów i wizyt służbowych w poszczególnych dowództwach. Pewnego dnia Wołodzia Bereżecki, pełnący wówczas funkcje dowódcy, prosił bym zawiózł go na odprawę dowódców w Yesi. Polecieliśmy więc Fairchildem. Po wylądowaniu przy szczątkach czegoś, co kiedyś było hangarem, czekał na Wołodzię samochód. Sądziliśmy, że odprawa długo potrwać nie powinna, postanowiłem pozostać na lotnisku, by dopilnować uzupełnienia paliwa. Nie tak jednak wyszło. Benzynę otrzymałem stosunkowo łatwo. Co mnie zdziwiło to, że otrzymałem ją od dwóch żołnierzy amerykańskich, którzy byli nadzwyczajnie usłużni i chętni. Wydawało mi się, że na lotnisku oprócz nich i zbiornika z benzyną nikogo więcej nie było. Byli bardzo grzecznymi i rozmownymi chłopcami. Sam po pewnym czasie ulokowałem się na tylnym siedzeniu Fairchilda, przy otwartych drzwiach, bo było gorąco, gdy podeszło tych dwóch. "Hey, Captain - you wouldn't have by any chance a bottle of whisky by you, would you?". "Nie, nie mam, ale po co wam tu whisky?". Pytanie moje nie bardzo logiczne, ale trudno. A oni: "Bo my tu mamy taki mały business. Czy byłbyś zainteresowany dwoma niemieckimi samolotami?". "O czym wy mówicie? Co tu robią samoloty niemieckie?" - pytam zaskoczony. Jeden z yankesów skinął nieznacznie, jakby zapraszał do pójścia za nim. Wysiadłem i idziemy do uszkodzonego hangaru i o dziwo. Rzeczywiście, mówili prawdę. Pod ścianą, mocno zakurzone, stały dwa samoloty. Wyraźny emblemat hitlerowski na kadłubie jednego. "Toż to Me-109" - krzyknąłem. "Yes, sir, that's what it is". Podszedłem bliżej - jak z igły - nawet farba jakby świeżo położona. Obchodzę maszynę, ciarki mi po grzbiecie chodzą, bo to przecie taki niedawny wróg, a teraz stoi tu niegroźny, sam. A ten drugi? Poznaję, bo pamiętam jego sylwetkę, brał udział w Chalenge'u, wiem, że to Bücker. Nie grzeszył on jednak pierwszą młodością. Oglądałem, dotykałem, nie mogąc pojąć skąd się te samoloty tutaj wzięły. Po co właśnie mnie je pokazano? Yankesi, wyczuwając co myślę, posłużyli wyjaśnieniem: "My tu po to, by paliwo uzupełniać, gdy ktoś znajdzie się w potrzebie. Wczoraj przyjechał wielki ciągnik z platformą i tymi samolotami na niej. Wyładowali, wepchnęli do kąta i odjechali, mówiąc tylko, że tak im polecono, żeby podpisać dowód doręczenia i tyle ich widzieliśmy.

My jutro wracamy do naszego oddziału i nie chcemy zostawić tych samolotów, ale chętnie oddamy ci je za butelkę whisky". A co ja będę robił z nimi? Po co mi one? Wyszliśmy na zewnątrz, gdy widzę dojeżdżający samochód, kierowaca prosi o teczkę z dokumentami, którą S/L Bereżecki zostawił w samolocie. Mam już gotowy plan. Jest godzina jedenasta, więc mamy dużo czasu. Postanawiam oddać teczkę osobiście Wołodzi, a jednocześnie być blisko telefonu. Odprawa odbywała się w hotelu. Wołodzia zjawia się wkrótce, a ja wciągam go w tajniki mego planu. On, początkowo zaskoczony niecodziennością mojej relacji i planów, zgadza się na moje sugestie. Idziemy do pokoju łączności i po chwili słyszę Wołodzie w rozmowie z Felkiem Gadomskim. "Proszę znajdź pilota, który chciałby przeprowadzić Me-109 do Tisano. Przyleci po niego Jasiu. Nie pytaj więcej - zrób to, o co proszę". "A co z ceną kupna" - pytam. "Poczekaj, zobaczę, czy mi się uda zdobyć butelczynę". Nie trwało długo, gdy wrócił, niosąc papierową torbę, a w niej dwie butelki bourbon. "Jakim cudem" - pytam. "Widzisz, tu bar amerykański. Jak barman zobaczył POLAND na ramieniu mego munduru, chwycił mnie w objęcia jak zagubionego brata. 'Panie! - jo tyż Polok - ja Kołolski z Chicago'. No i w tych warunkach nietrudno było o trunek - sam rozumiesz. Dał więcej, no i dał mi swój adres w domu". W niespełna pół godziny leciałem do Tisano. Tam okazło się, że z niewielkiej liczby pilotów obecnych, Felek znalazł ochotnika, por. Stramika, jednego z najmłodszych wiekiem pilota z dużą dozą animuszu w lataniu. Czekał już na mnie, także mogliśmy z miejsca odlecieć w drogę powrotną. Na miejscu naszego niecodziennego businessu nic się nie zmieniło. Bowser z benzyną stał, gdzie stał, przy nim siedzieli nasi dwaj znajomi. Zapłaciłem im za "towar". Ucieszeni podwojoną ceną, rzucili się do wyciągania samolotów. Obawy Stramika, że oprócz entuzjazmu nie ma pojęcia o czynnościach pilota Me-109 rozwiały się, gdy znalazł w kabinie zatkniętą kilkustronicową instrukcję obsługi, ale po niemiecku. Co myśmy się nagłowili, co, gdzie i po co, jak i co robić. Był to jedyny wypadek, kiedy żałowałem mej niechęci w szkole do tego języka. Po dwóch godzinach wrócił Wołodzia, ale i on niewiele mógł pomóc. Francuski, jako że był absolwentem paryskiej Sorbony, był jego drugim językiem. Uzupełniliśmy trzy samoloty paliwem, a ponieważ dzień się kończył, należało się śpieszyć. Stramik w Messerschmicie gotowy na wszystko, a my podnieceni na ziemi. Czy silnik zapali? Zapalił i to jak. W jednej chwili potężne ilości czarnego kopcia, sadzy, płaty jej cały, zakryły nam świat: pierwsza myśl - to chyba pożar, po chwili - nie - płomienia nie ma, a sadza wali jak ze stu kominów. Beton wokół czarny, a tumany kopcia odrzucane obrotami śmigła szły w poprzek lotniska. Silnik grał poprawnie. Stramik go próbuje i rusza na start. Widzę go ponad strumieniem sadzy. Za chwilę wystartował. Patrzyłem i podziwiałem, nie wiem co - czy jego odwagę, czy brak zdawania sobie sprawy z sytuacji dalekiej od bezpiecznej. Smugę czarną ciągnącą się za oddalającym się i coraz wyżej idącym samolotem, obserwowaliśmy dłuższy czas. Sprawa sadzy została szybko wyjaśniona przez Wołodzię.

Uzupełniliśmy zbiorniki benzyną 100-oktanową a nie syntetyczną używaną przez Niemców. Bücker okazał się być na benzynę. Opuściliśmy lotnisko biorąc kurs na Udine. Mimo bardzo słabej konstrukcji, zachowywał się jak najpoprawniej. Wołodzia w Fairchildzie dotrzymywał mi kroku. Dolatując do Tisano widzimy, że na głównym pasie ruch niecodzienny. Samochody, służba przeciwpożarowa, ambulanse i ludzi co niemiara. Ani myślą nam miejsca zrobić, więc lądujemy obok na trawie. Ciekawi, co tu się wydarzyło, chociaż domyśleć się nie było trudno, natychmiast po wylądowaniu dołączyliśmy do ciżby ludzkiej. Otóż okazło się, że nagłe, nieawizowane zjawienie się nad lotniskiem Me-109, ciągnącego nieprawdopodobnych rozmiarów czarny ogon za sobą, wprawiło cały personel bazy w osłupienie, a po chwili opamiętania, widząc że "wróg" z całą pewnością ma zamiar tu lądować, puszczono w ruch całą maszynę pogotowia. Szczęśliwie, że obrona lotnicza po zakończeniu działań wojennych została wycofana, bo niewiadomy byłby los naszego pilota. Tymczasem, po wylądowaniu, pokołował do "dyspersalu" (punktu oczekiwania na loty), a za nim całe bractwo piesze i zmotoryzowane, trzymając się w bezpiecznej odległości od czarnej chmury sadzy, nie mając pewności co do zamiarów "Niemca". Pilot nie zdążył jeszcze wysiąść z maszyny, gdy samochód z dowództwa zajechał i kilka "szyszek" pośpiesznie z niego wyskoczyło, by ku swemu zdziwieniu zobaczyć nie Niemca, a Polaka, witającego ich ruchem ręki. Dla tego rodzaju sytuacji nie ma w "King's Regulation" - biblii wojskowej - przewidzianego protokółu. Stąd zmieszanie dowódcy skrzydła, co zrobić z tym faktem. Wybrał chyba najlepsze wyjście, bo po kilku słowach zamienionych ze Stramikiem, podał mu rękę i jak na Anglika, dość długo nią "pompował". Raport o tej całej przygodzie musieliśmy przedstawić nazajutrz, ale Me-109 znikł z naszego lotniska i już więcej go nie widzieliśmy. Gdybym wiedział, że taki będzie bilans naszego wysiłku, nie ruszyłbym ręką, Stramik nie potrzebowałby kilku kąpieli celem odzyskania swego naturalnego koloru skóry, nie mówiąc już o stracie munduru. W drodze łaski zostawiono nam Bückera na jakiś czas. Bücker mnie szczególnie wiernie się wysługiwał.

Z relacji Preihsa wywnioskować można, że samolot trafił do dywizjonu w okresie od około 24 stycznia do 7 marca 1946 r. (wtedy bowiem Dywizjon "Gdański" stacjonował w Tissano). Maszynie zmieniono kamuflaż, naniesiono wszystkie kokardy, litery kodowe 318 dywizjonu "LW" (bez litery indywidualnej), szachownicę na nosie oraz nieformalne godło dywizjonu - trzy karty na lewej burcie. 318 dywizjon zdał wszystkie swe samoloty do 12 kwietnia 1946 r., prawdopodobnie pozbywając się w tym okresie także Messerschmitta.


Wojciech Zmyślony



Trzej bohaterowie historii z Messerschmittem sportretowani przez por. Stefana Knappa: kpt. Włodzimierz Bereżecki...

...kpt. Jan Preihs...

...oraz ppor. Bolesław Stramik.

Drugi z Messerschmittów, który potem trafił do 318 dywizjonu: Bf 109G-10 Lt. Sandtnera otoczony przez amerykańskich żołnierzy.

Widok od tyłu.

Zbliżenie na kabinę, ładnie widoczne detale i oznakowanie.

Ppor. Bolesław Stramik w kabinie samolotu po przemalowaniu. Przed kabiną widać nieoficjalne godło 318 dywizjonu, trzy karty.

Fotografia przedstawiająca samolot 318 dywizjonu z profilu (z tyłu widać ogon Mustanga III). Treviso, marzec 1946 r.


Źródła:
fotografie ze zbiorów pana Józefa Krzywonosa
materiały dzięki uprzejmości pana Milana Hercuta
Cynk J. B., Polskie Siły Powietrzne w wojnie 1943-1945, AJ-Press, Gdańsk 2002
Czyż mogli dać więcej. Dzieje 13 promocji SPL w Dęblinie, Londyn 1989