4/5 sierpnia 1944 r. - Jan Cholewa


Poniższy tekst to relacja chor. Jana Cholewy (wówczas pilota 1586 Eskadry do Zadań Specjalnych) z lotu nocą z 4 na 5 sierpnia 1944 r. Tekst został spisany po wojnie:

Już czwarty dzień polskie radio z Londynu nadaje pieśń "Z dymem pożarów". Już czwarty dzień Warszawa prosi o pomoc - prosi o zrzuty, o spadochroniarzy i - nadal walczy samotnie. Tymczasem, nasi spadochroniarze walczą pod Arnhem, a my? - co za ironia losu - my latamy z pomocą dla partyzantów do Płn. Włoch.

Chociaż do zapowiedzianej odprawy brakuje jeszcze pół godziny, na sali odpraw znajdują się już wszystkie załogi w komplecie. Taki tłok panuje tu już czwarty dzień. Nie możemy doprosić się, zezwolenie na lot na to miasto, a oni - proszą i czekają na nasze zrzuty.

Kilka minut przed rozpoczęciem odprawy na salę wchodzi dowódca Dywizjonu 301-go, major Arciuszkiewicz. Na sali zapanowała taka cisza, że można by nawet usłyszeć tą przysłowiową przelatującą muchę. Oczy nas wszystkich wpatrzone są w twarz naszego wodza, jak byśmy z niej chcieli wyczytać to, na co już czwarty dzień bezskutecznie czekamy.

Major Arciuszkiewicz - lat około czterdziestu, brunet, wzrostu około metr siedemdziesiąt z kawałkiem - wstępuje na podest, chwilę wpatruje się w mapę Europy, która zajmuje całą frontową ścianę sali, odwraca się w naszym kierunku i jakimś wzruszonym nieswoim głosem prosi o ciszę!?
- Hmm!.... ale nasz wódz jest dzisiaj diabelnie zamyślony - ktoś szepcze z boku. - Czyżby nie zauważył, że z chwilą jego wyjścia na sali panuje niczym nie zmącona cisza?!
- Proszę panów - mówi major - kto chciałby z was lecieć na Warszawę?
Na sali podnosi się tak niesamowity wrzask, że aż uszy bolą. Zrywamy się z krzeseł i biegniemy ku dowódcy - "Panie majorze! My polecimy", "Majorze! My znamy Warszawę, my polecimy", "Panie kochany! my chcemy lecieć". Takie i tym podobne okrzyki można od czasu do czasu wyłowić z tego wrzasku.
Major Arciuszkiewicz podnosi do góry rękę i prosi o spokój - zachrypli od krzyku, powoli wracamy na swe miejsca.
- Panowie! Lot jest bardzo trudny i długi, bo około 1400 km, dlatego dzisiaj polecą trzy najstarsze załogi.
Dzięki takiemu rozwiązaniu sprawy nasza załoga znalazła się na liście szczęśliwych wybrańców losu.
- Koledzy! - mówi dalej major - korzystając z nieobecności Anglików, chciałbym zaznaczyć, że miejsce zrzutu znajduje się na cmentarzu żydowskim, nalot na zrzutowsiko od strony Puszczy Kampinowskiej lub radiostacji Raszyn. Dokładną pozycję cmentarza oraz znaki sygnalizacyjne pomiędzy wojskiem na cmentarzu a wami, otrzymacie panowie po odprawie od oficera nawigacyjnego. Więcej nie jestem w stanie panom powiedzieć, gdyż w tej chwili nic nam nie jest wiadomym o rozmieszczeniu jak też o ilości oraz jakości obrony przeciwlotniczej hitlerowców w okolicy, jak też w samej Warszawie. Wszystko to musicie sprawdzić na własnej skórze. Proszę nie zapominać, że będzie to pierwszy zrzut na miasto, wykonany przez samoloty dywizjonów specjalnych R.A.F.-u. Od was samych zależeć będzie, czy będziemy latać na Warszawę, czy też nie. Aha! - dla zamydlenia oczu Anglikom reszta samolotów poleci na zrzutowiska do środkowej i środkowo-zachodniej części kraju.

W tej chwili na salę wchodzą oficerowie angielscy z d-cą bazy na czele. Rozpoczyna się normalna odprawa, taka jak przed lotem bojowym. Wątpię tylko czy ktoś z nas słucha uważnie tego, co poszczególni szefowie swych działów mówią, gdyż każdy z nas jest już myślami w Warszawie.
- Jurek! - słyszę jakiś szept za mymi plecami - Pamiętaj! Po powrocie z lotu musisz powiedzieć, że w mieście nie ma żadnej obrony.

Po odprawie idziemy na lotnistko, jedynie nawigatorzy zostają na sali, opracowywując dzisiejszy lot. Przy maszynach ruch, nasi mechanicy krzątają się około nich jak lekarze około chorego. Nasz brygadzista chyba już po raz setny sprawdza osobiście, czy zostanie uzupełnione paliwo, olej, glikol, amunicja i dziesiątki innych rzeczy, których tyle znajduje się w samolocie, a które razem wzięte decydują o powodzeniu lotu. Możemy spokojnie iść na kolację, mechanicy dadzą nam do ręki samolot w takim stanie, jak gdyby sami mieli nim lecieć. Przecież polscy mechanicy są jednymi z najlepszych, jeżeli nie najlepszymi w R.A.F.-ie.

Po kolacji pobieramy kanapki i sok z pomarańczy, które przygotowali nam kucharze i udajemy sie na kwatery. Zaś nasz Emilio, czyli mechanik pokładowy, st. sierżant Szczerba Emil - średniego wzrostu, szatyn, z nogami jak kawalerzysta - poszedł fasować dla całej załogi: czekoladę i cukierki. Przed budynkiem zatrzymuje się samochód ciężarowy, ładujemy się do niego i odjazd na lotnisko. W samochodzie starym zwyczajem, jeden drugiemu przygaduje, starając się napędzić jak największego stracha gościom z innej załogi. Mniej wytrzymali nerwowo ludzie bledną i proszą o zaprzestanie głupich kawałów, bo niby po co wywoływać wilka z lasu.

Samochód zatrzymuje się przed stanowiskiem naszej maszyny. Uśmiechnięci mechanicy podbiegają do nas, odbierają nam nasze spadochrony i kombinezony i odnoszą je do samolotu. Mechanicy zachowują się zupełnie jak nasze matki, gdy po raz pierwszy wysyłały nas do szkoły. Publiczną tajemnicą jest to, że kiedy my lecimy na "wojnę", oni nie idą spać, tylko czekają na nasz powrót.

Wzdłuż drogi, którą będziemy za chwilę kołować na start, ustawiają się grupki naszych codziennych widzów - lekarzy, sanitariuszek i sanitariuszy - z pobliskiego polskiego szpitala polowego. Nasz brygadzista zapuszcza silniki naszego Halifaxa. Pierwsze samoloty kołują już na start, czas i na nas. Wchodzimy do maszyny, próba silników, podpisuję książkę samolotu, którą podaje mi uśmiechnięty brygadzista. Można kołować. Przed nami defiluje Liberator "V", powoli ruszam ze stanowiska. Mechanicy podnoszą angielskim zwyczejem kciuki do góry, życząc nam w ten sposób szczęścia. Odwzajemnniamy im tym samym.

Zatrzymujemy się na drodze, przed nami stoi rząd maszyn, pierwsza w tej chwili wchodzi na pas startowy. Startuje, jest punktualnie godzina dwudziesta pierwsza. Znów maszyna wchodzi na pas, start - co jedną minutę potężny Halifax wchodzi na pas startowy i startuje.

Kołuję na pas startowy, staaart!... Start odbywa się w kierunku na morze, jest diabelnie długi i ciężki. Przed końcem pasa, kiedy człowiekowi zaczyna skóra cierpnąć ze strachu, że maszyna rąbnie do morza, maszyna odkleiła się od ziemi. Emilio podnosi rączkę podwozia do góry, po wciągnięciu i zablokowaniu kół zaczyna chować klapy.

Robię zakręt o 180 stopni, przelatujemy wzdłuż lotniska, z którego w tej chwili startuje jakiś samolot, żegnany przez naszych widzów. Znów zakręt o 180 stopni, pod nami miasteczko Brindisi, przelatujemy nad lotniskiem, biorąc kurs na Jugosławię, wchodzimy w morze, jest w tej chwili godzina dwudziesta pierwsza piętnaście. Powoli nabieramy wysokości.

Lotnisko i jego okolice powoli zasuwa mgiełka. Strzelec tylny st. sierżant Ruman - średniego wzrostu, szczuplutki blondynek - przestrzeliwuje swoje karabiny maszynowe. W dole panuje już półmrok, przed nami widać potężne zwały chmur w tle których wyraźnie odcinają się sylwetki lecących przed nami samolotów, oświetlonych ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Przed nami widoczny jest brzeg jugosłowiański, artyleria niemiecka strzela na lewo od nas, widocznie ktoś z naszych włóczy się w tamtej stronie, szukając guza.

Jesteśmy na wysokości 4500 m. W prawo od nas leci Liberator "V", pod nami i nawet na naszej wysokości przemykają strzępy chmur. Słyszę, jak Emilio mówi do nawigatora, że lecimy pod wiatr, gdyż chmury uciekają do tyłu?! Nawigator por. St. Kleybor - średniego wzrostu, przystojny, szatyn, parsknął w mikrofon i mówi:
- No, Emil, ale z ciebie ofiara.

Na szybach zaczynają rozmazywać się pierwsze krople deszczu, wchodzimy w chmury. W tej samej chwili lunął taki deszcz, jak gdyby ktoś z kubła lał na szyby. Włączam wycieraczki, lecz to nic nie pomaga. Uhm!.... już zaczyna woda kapać na moje kolana, koniec świata! Że też zawsze musi coś przeciekać. Ruman zaczyna płakać, że karabiny zaczynają go kopać, a iskry elektryczne przeskakują pomiędzy lufami. Nic mu się nie dziwię, gdyż śmigła już też są opasane obręczami pomarańczowożółtego światła. Oho! już nawet pomiędzy wycieraczkami a ramą okna przeskakują iskry, dotykam ręką kadłuba i kopie jak cholera, cały samolot naładowany jest elektrycznością. Nawet nasz radiotelegrafista Stasiu Dubiel, jedyny wysoki chłop w naszej załodze, brunet - przylazł do nas, bo oprócz trzasków nic nie potrafi złapać w radiu.

Pilot, chorąży Jastrzębski - średniego wzrostu, przysadzisty blondyn - mówi że jak dotychczas to Łapichmurka miał rację, gdyż pogoda zgadza się dokładnie z jego zapowiedzią, jeszczy brakuje rzu... - i nie dokończył tego słowa, bo w tej samej chwili poderwało do góry, poprostu stanął dęba, stery nie pomagają, samolot zaczyna tańczyć. Dzisiejszy taniec rock and roll to szczeniak w porównaniu z tymi łamańcami, które wyprawia nasza maszyna. Do tego wszystkiego przyplątały się jeszcze błyskawice, które raz po raz zupełnie nas oślepiają.
- Cholera moje mapy, ołówki, cyrkle, Stasiu chodź szybko do mnie, pomożesz mi zabrać te klamoty - woła St. Kleybor, do radioty.
- Stasiu Kleybor! Jak daleko jesteś od Tatr? - pyta się Jastrzebski, nawigatora.
- Cholera go wie, mam nadzieję, że znajdziemy się jeszcze nad Europą, Dubiel nie daje mi żadnych namiarów, gwiazd nie widzę, busola tak tańczy jak i ten samolot, tak że naprawdę nie wiem, gdzie mogą być Tatry.

Po półtorej godzinie tego piekielnego tańca byłem już zupełnie mokry od potu, a zdrętwiałe ze zmęczenia ręcę odmawiają już posłuszeństwa. Oh! Nareszcie! czuję, że samolot zaczyna się powoli uspokajać, nawet zupełnie normalnie reaguje na stery. Wychodzimy z chmur. Nareszcie piekło pozostało za nami, na pamiątkę po nim pozostały mi dwa odciski na rękach. Emilio to jednak jest morowy chłopak, przyniósł mi zapalonego papierosa. Jesteśmy w Polsce!
- Tatry za nami! - woła strzelec ogonowy.

Schodzę z wysokości, pod nami jakaś rzeczka, lecę nowym kursem podanym mi przez nawigatora, ta rzeczka to była Wisła. Wysokość wg radio-wysokościomierza jest w tej chwili 30 metrów. Przed nami z prawej strzela artyleria, no tak, to już sa Kielce. Pamiętam - 3-go września 1939 roku, będąc na dworcu kolejowym w Kielcach, stało tutaj jedno działko przeciwlotnicze, które strzelało do przelatujących niemieckich samolotów. Dzisiaj jest ich tu znacznie więcej i strzelają do nas.

Przelatujemy z lewej strony miasta, w tej chwili kilka reflektorów zaczyna nas szukać gdzieś wysoko, gdy my tymczasem lecimy na wysokości kilkunastu metrów. Kielce już dawno pozostały za nami. Od czasu do czasu przelatujemy nad jakimiś budynkami gospodarczymi, mijamy kępy drzew, wioski, ktoś mruga do nas latarką kieszonkową. Lecimy wzdłuż toru kolejowego. Przelatujemy nad jakimś miasteczkiem i dworcem kolejowym, okazuje się, że minęliśmy Mszczonów. Z przodu z prawej strony widoczna jest łuna na niebie, co to może być? To pali się Warszawa. Jesteśmy wpatrzeni w te płomienie, które coraz wyraźniej widać, raz wystrzeliwują wysoko w górę, sypiąc całe fontanny iskier, czasem przygasają by po chwili znów wystrzelić ku górze.

Przed nami las, to już Puszcza Kampinowska, nawigator podaje mi nowy kurs, a zarazem wskazuje mi miejsce, z którego mam ten kurs wziąć. Jest to droga, która wrzyna się w las, tworząc na tle zieleni szary pas. Okrążam to miejsce, wchodzę na nowy kurs. Przed nami znów widać ogień w Warszawie. Na tle łuny widoczny jest jakiś Halifax, który dochodzi już do miasta. Nawigator pyta się dispatchera, tak zwanego przez nas bagażowego, sierżanta Ilnickiego - średniego wzrostu, szczupłego, bruneta, z wąsikiem ala Hitler - czy ma już przygotowane paki do zrzutu. "O.K.", odpowiada po chwili Ilnicki.

Pod nami pierwsze budynki Warszawy, widzę zasobniki lecące do ziemi oraz Halifaxa, który odchodzi w prawo. Przymykam gaz, wypuszczam podwozie, klapy i otwieram drzwi bombowe, szybkość 130 mil. Przed nami cmentarz.
- Rzucaj! - słyszę głos nawigatora, a w tej samej chwili maszynę podrzuciło do góry. - Containery poszły - mówi do mnie nawigator.
Emilio chowa podwozie i klapy, gaz, maszyna zaczyna nabierać szybkości.
- Kilka pak upadło na ulicę - woła tylny strzelec.
Kilka ludzi wybiega po nie na ulicę, z przeciwnej strony też widzę biegnących, strzelają. Odrywam wzrok od płomieni i - o zgrozo - przed nami kilka działek strzela w naszym kierunku, lecz stanowczo biją za wysoko. Zakręt w prawo, znów pod nami jakieś tory kolejowe, dachy domów, znów zakręt w lewo, wchodzę na kurs i lecimy w kierunku Tatr. Znów mijamy wioski, znów gdzieniegdzie mrugają w naszym kierunku światła latarek. Płonąca Warszawa już dawno pozostała za nami, lecz jakoś nikt nic nie mówi. Mijamy Kielce, które znów strzelają, lecz jak zwykle panu Bogu w okna. Przelatujemy nad rzeką Wisłą, zaczynamy się wznosić. Przed nami znów chmury oświetlone przez błyskawice. No tym razem będzie się męczył Jastrzębski, który prowadzi samolot z samej Warszawy. Zaczynają mi marznąć kolana, no tak - znów zapomniałem owinąć je starymi gazetami. Wchodzimy w chmury i znów zaczyna się ten sam piekielny taniec. Obserwuję pilota, który się męczy, jest cały czerwony na twarzy.
- Heniek! - mówię do pilota - a może byś tak spróbował wyjść nad chmury paliwa mamy dosyć.
Heniek zaczyna się powoli wznosić, lecz cóż to jest za wznoszenie, kiedy maszyna tańczy, zatacza się jak gdyby była pijana. Już mieliśmy na wysokościomierzu 6 tys. metrów, a w tej chwili mamy tylko 5500 m.

No nareszcie, jesteśmy nad chmurami, lecimy wszyscy z maskami tlenowymi na twarzach, wysokość 6500 metrów. Nad nami czyste niebo, gwiazdy przyjaźnie migocą, tylko pod nami jakieś 100 metrów widać skłębione morze chmur. Na wschodzie niebo zaczyna przybierać czerwony kolor, czyżby już słońce wschodziło? Ależ tak, już widać nawet czerwony rąbek tarczy słońca, robi się coraz jaśniej. Po kadłubie coś posypało się, zupełnie jak gdyby groch lub drobne kamyczki - o! - znów to samo, naraz samolotem rzuciło do góry. W tej samej chwili Heniek zaczyna wykręcać się na wszystkie strony. Samolot schodzi z wysokości, rozpędza się, znów wychodzi do góry. W tej chwili widzę przed nami tworzące się czarne chmurki, to artyleria została za nami. W mikrofonie słyszę głos Stasia, który informuje nas, że w tej chwili minęliśmy Szeged.
- Dosyć wcześnie zauważyłeś ten Szeged, już i bez ciebie to samo wiedziałem, tak dokładnie umie tylko Szeged strzelać w tych okolicach - odpowiada Heniek.

Słońce - duże czerwone - wyszło już całe z chmur, tutaj jest już dzień, jedynie w dole powinno być jeszcze ciemno, do tego ten deszcz. Ciekawe, czy u nas w bazie jest piękna pogoda, czy też leje. Przed nami widać lecące dwa samoloty, ten bliżej nas to Halifax, lecz tego w przodzie nie mogę rozeznać, gdyż w tej chwili widać tylko taką kreseczkę. Ale to chyba też będzie jeden z naszych, gdyż w taką pogodę nikomu by się nie chciało startować.
- Heniek! możesz już schodzić z wysokości - mówi nawigator do pilota - wchodzimy na morze.

Oho! Znów artyleria - pociski coś diablo blisko rozrywają się dookoła nas. Heniek zaczyna wytracać wysokość. Przed nami morze! Jakieś dwa stateczki płyną w kierunku na nas, no jako przecież flakshipy pod nami, to one tak prują do nas. Lecimy na wysokości 300 metrów, przed nami widać już lotnisko. Jakiś Halifax podchodzi do lądowania, drugi to litera "C", prosi o lądowanie. Pod nami lotnisko - Heniek prosi ziemię o zezwolenie na lądowanie.
- "P for Peter, you may pancake" - odpowiada ziemia.
"Cecylia" w tej chwili zeszła z pasa betonowego, lądujemy.
- 20 stopni klap, podwozie wypuścić - mówi Heniek do Emila.
- Klapy i podwozie wypuszczono - odpowiada Emilio.
- Jesteśmy na kierunku lądowania, pełne klapy - mówi Heniek.
- Pełne klapy - odpowiada Emilio.

Lądujemy, maszyna z piskiem hamulców toczy się po pasie startowym. Kołujemy na stanowisko, na którym czekają na nas nasi mechanicy oraz samochód z poprzednio lądującymi załogami. Wychodzimy z maszyny, podbiegają do nas mechanicy. Z nimi też najpierw dzielimy się wrażeniami z zakończonego lotu. Ładujemy się do samochodu i odjeżdżamy do inteligentnego do spowiedzi. Lot nasz trwał dziesięć i pół godziny. W samochodzie jeden drugiego wypytuje się, jak było na celu, co kto widział, w ogóle nasze trzy załogi dzielą się swymi spostrzeżeniami.

Jesteśmy na miejscu. Ale co to jest, na sali gwar jakgdyby cały dywizjon był tam zebrany. Wchodzimy do sali i aż żeśmy się cofnęli. Na sali zebrane są wszystkie załogi, nawet d-ca bazy ze swoją świtą czeka na nas. Okazało się, że gdy rano żadna z załóg nie chciała iść spać, chociaż wszyscy byli zmęczeni po locie, d-ca bazy wprost zapytał majora Arciuszkiewicza, na co oni czekają. Naturalnie nasz major powiedział mu, że trzy nasze załogi poleciały na zrzuty do Warszawy. No to i on został na sali i czekał na nasz powrót. Po kolei każda załoga składa zeznania z lotu, które mniej więcej były jednakowo brzmiące: Warszawa się pali, obrona p.lotn. słaba, pogoda w trasie cholerna. Po spowiedzi nasi wodzowie poszli do kancelarii dywizjonowej, zaś myśmy musieli opowiadać pozostałym załogom wszystkie szczegóły lotu oraz samego zrzutu, to musieliśmy powtarzać kilkakrotnie, gdyż za każdym razem poszczególnym kolegom nasuwały się jakieś inne pytania.

Nareszcie idziemy na śniadanie do mesy. Podczas śniadania musieliśmy to samo opowiadać jeszcze raz, naszym kucharzom. No teraz już idę spać. Położyłem się do łóżka, zamykam oczy i widzę płomienie w Warszawie. jeszcze raz przeżywam w myślach cały ten lot. No cóż - gdyby nad Bałkanami pogoda była ładna, a zrzut odbywałby się nie na Warszawie, a gdzie w zupełnie innym miejscu daleko od kraju, to wtenczas ten lot mógłbym zaliczyć do przyjemnych. Jak też tam w Warszawie wygląda w tej chwili, co też warszawiacy powiedzieli na widok naszych samolotów?

Nim zasnąłem, słyszę głos spikera polskiego radia z Londynu, mówiący, że dzisiejszej nocy polskie samoloty dokonały zrzutu na Warszawę. Zasypiam w takt melodii "Z dymem pożarów".

Jan Cholewa



Źródła:
materiały otrzymane dzięki uprzejmości pani Nelly Tomaszek