23 czerwca 1944 r. - Zygmunt Jeliński


Poniższy tekst to relacja por. Zygmunta Jelińskiego (wówczas pilota 306 Dywizjonu Myśliwskiego "Toruńskiego") z lotu 23 czerwca 1944 r. Tekst został spisany po wojnie:

Po dwa... czasem trzy razy dziennie dywizjon wyruszał na spotkanie z nieprzyjacielem, niszcząc po drodze wszystko co wiązało się z wysiłkiem zbrojeniowym. Bombardowano tory i węzły kolejowe, samochody ciężarowe, a już tym bardziej wszelkie pojazdy mechaniczne noszące kolory kamuflażu. Mosty, wiadukty, cysterny, hangary lotniska, pociągi towarowe, fabryki z dymiącym kominem, wszelkie warsztaty podejrzane o wytwórczość na rzecz dorobku wojennego - wszystko to było atakowane z niskich i średnich wysokości przez patrole lotnictwa alianckiego, wśród których nasz dywizjon zajmował całkiem niepoślednie miejsce.

Toteż straty były równie poważne. Nie ma ognia bez dymu. Wyrządzaliśmy Niemcom dużo szkody obstrzeliwując poruszające się po drogach oddziały wojskowe zdążające w kierunku granicy północnej w obawie przed odcięciem od całości i od własnych jednostek. Gdzieś tak koło południa oderwaliśmy się trzema czwórkami od płyty lotniskowej na naszych Mustangach wyposażonych w dodatkowe zbiorniki paliwa. Wygląda, że lecimy dalej niż Falaise czy Caen - pomyślałem - i może tak by nawet się stało, gdyby nie sam los, który nam kazał stoczyć ostrą walkę powietrzną z znacznym ugrupowaniem Focke-Wulfów i jednosilnikowych Messerschmittów.

Jak się tam znaleźli, skąd się wzięli... może nawet na nas czekali, nie będzie nigdy wiadome. Nasz 306 prowadził dowódca dywizjonu kpt. pil. Jan Marciniak ze swoją czwórką "rycerzy powietrza", drugim kluczem dowodził Władek Potocki i wreszcie ten trzeci... mój... jako że tak ze względu na doświadczenie i tylko doświadczenie, byłem już wtedy najstarszym oficerem w dywizjonie. Na dodatek - dwa nasze klucze tj. mój oraz Potockiego miały podwieszone bomby pod płatami i wiadome było, że my właśnie pójdziemy pierwsi do ataku z lotu nurkowego, gdy dowódca zadecyduje, że cel jest godny naszego wysiłku i zrozumiałego ryzyka.

Władek Potocki miał nas osłaniać przed zaskoczeniem od góry, a nad nim... jeszcze wyżej wisiała czwórka dowódcy właśnie z kpt. Janem Marciniakiem na czele. Od daty inwazji koncentrowaliśmy się głównie na mostach, na przeprawach przez mosty wzniesione w ostatniej chwili przez niemieckich saperów, co rzeczą zrozumiałą było dosyć niebezpieczne, raz że na dole obowiązywała pełna czujność i zaskoczenie nie było sprawą łatwą, a dwa... obrona przeciwlotnicza była potwornie silna i przebicie się przez taki obstrzał sam w sobie był dosyć koszmarnym przeżyciem. Przebicia się przez takie inferno nikomu nie życzę. Sam zazwyczaj przymykałem oczy z nadzieją biesiadującą gdzieś na pograniczu trzeźwości i pobożnych życzeń, że się uda... że wyjdzie... że się całą czwórką przez obstrzał przedostaniemy... bez strat własnych.

Tego dnia właśnie, w czasie patrolu Marciniak dostrzegł widocznie odpowiedni cel i wydał rozkaz, by mój klucz otworzył wypad i by zaraz za nami poszła piką w dół czwórka Władka Potockiego. Niech to konna setka diabłów bije! Otworzyli taką potworną zaporę ognia i dymu tam na dole, że przez chwilę nie było widać samego celu.

Starym zwyczajem przymknąłem na moment oczy i w tej drapieżnej pozycji otworzyłem je po upływie mikrosekundy na wysokości około 3000 tysięcy stóp by zwolnić wreszcie uchwyt podwieszenia ładunku wybuchowego. Za mną szła piką pozostała trójka towarzyszy, a za nią prawdopodobnie czwórka Potockiego.

Wyobrażać sobie można co działo się na dole. Bez przesady; kocia muzyka odpowiednio amplifikowana w ilość rozszarpywanych wybuchami decybeli, mnożonymi na dodatek przez przekleństwa wydobywające się z gardzieli atakowanych. A dali nam cholerną zaporę. Kątem przytomnej części oka widziałem jakiś dymek wymieszany z kotłującą się mgiełką. Jak by to jeszcze dokładniej opisać? Chyba nie dam rady. By to uczynić... trzeba by mieć jakieś lepsze konekcje czarnoksięsko-masońskie. Piekło! Sztyletowanie na ciemno i po ciemku. W każdym bądź razie przeszliśmy wszyscy szczęśliwie... sznureczkiem... gęsiego... jeden za drugim, jak na paradzie i w momencie wyciągania ponownie do góry dostrzegam nagle, że nas teraz... nie czterech... nie ośmiu, ale dwukrotnie, a może nawet trzykrotnie tylu.

Na plecach mojego bocznego siedzi jakaś myśliwska maszyna... chyba Messerschmitt... i teraz dopiero zdaję sobie sprawę, że to Niemiec. Pluje ogniem na potęgę i gdyby nie nagły, ponowny unik mojego bocznego... odpisać musielibyśmy go na murowaną stratę.

Dopiero po powrocie na własne lotnisko - a jest to miejsce na jeszcze inne opowiadanie - dowiedziałem się, że hen w górze Marciniak został całkowicie zaskoczony, że Potocki ostrzegał nas przez radio, że w momencie nurkowania Niemcy siedzieli nam na plecach... że ostrzegał tylko, że teraz dopiero zdaje sobie sprawę że mu radio po prostu wysiadło i ostrzec nie mógł... zresztą sam z kluczem nurkował z kolejną bandą niemieckich myśliwców siedzących mu na plecach i że tak jak nasz klucz... w chwilę potem znalazł się w samym środku indywidualnych pojedynków, gdzie przewaga Niemców była miejscami jeden na dwóch, a nawet czterech na jednego. Tym razem zakotłowało się do przesady. Gdzie nie spojrzysz... walka. Złożyło się, że wyrwałem się temu który dobierał się do mnie od tyłu. Nieznaczny manewr wolantem i teraz ja miałem Niemca w żwawych obrotach. W eterze trzask i hałas. Wołał dowódca dywizjonu Marciniak. Walczył z kilkoma myśliwcami. Informował, że ma postrzelanego Mustanga. Gdzie indziej znów szarpiące i przeszywające powietrze ostrzeżenia. Początkowe zaciśnienie wszystkich walczących maszyn rozpłynęło się w przestrzeni. Walka dobiegała końca.

Wiem, że jednego Niemca dostałem. Zacząłem się ponownie rozglądać i zdałem sobie sprawę, że jestem sam. Sam jak palec. Bez skrzydłowego. Bez reszty członków wchodzących w skład dywizjonu. Nie mam pojęcia ilu naszych... ilu Niemców padło ofiarą tego błyskawicznego starcia w powietrzu. Ilu świadków zarejestrowała ziemia. Ile osób... tam na dole zadarło głowę i podziwiało nas walczących tu na górze. Walczących o własne życie. W napięciu i koncentracji wymierzanej terminami śmierci. Ona tu skryła się wśród nas. Spłynęła zdradliwie od strony słońca. Na każdego czyhała. Na każdego bez wyjątku. Śmierć nie wybiera. Każdy dla niej dobry. Nikt też nie przepowie nie obliczy, nie stwierdzi, ilu z nas....i w jakim stopniu zdawało sobie sprawę z powagi niebezpieczeństwa w jakim wszyscyśmy się tu tak niespodzianie znaleźli.

Brać kurs na Anglię! Uciekać! Pojedynczy Mustang nie ma najmniejszej szansy jeśli go większa ilość wrogich myśliwców zaskoczy. Nikt zbiórki w powietrzu też nie zapowiadał. Dowódca dywizjonu mógł zginąć... nie wiedziałem jeszcze, że został w tej akcji zestrzelony i że poległ na placu boju. Uciekać więc jak najszybciej. Po stronie wysp brytyjskich szukać ratunku.

Cisza! Dziwna cisza dokoła. Jestem sam. Jak paluszek. Kompletnie sam. Co za niesamowicie dziwne wrażenie. Tak jak gdyby wszyscy w tym starciu polegli. A przecież wiem, że tak być nie może. Ktoś musiał się uratować.

Umysł odnotowuje jakieś dziwne skojarzenia. Przyszła kryska na Matyska. Dopóki dzban nosi wodę... przeszywa ironicznie fałdy mózgu. Mój Mustang też nie pracuje tak jak zazwyczaj. Może jednak trafili. Może za chwilę sytuacja się pogorszy. Ostatnia faza "wojny" odbywała się tak nisko, nawet nie jestem pewny, czy przypadkiem nie zostałem postrzelany. Błysnęła tafla wody... potem ląd. Tak naprawdę nie wiem gdzie jestem. W tej kotłowaninie wszelki orientacyjny namiar został przesunięty w strefę niepewności.

Jestem przekonany, że jestem już w Anglii. Tak! Najlepiej będzie usiąść i samemu zwąchać pismo nosem gdzie się znajduję. Takie figle przypadkowego zgubienia - zwłaszcza przy braku benzyny - niejednemu już się wydarzyły. Znów wyskoczył kontur jakiegoś nieznanego mi lotniska. Podchodzę do lądowania. Klapy wypuszczone. Nagle widzę, że do mnie strzelają ze wszystkich stron. Gdzie ja jestem? Muszę być jeszcze nad terenem Francji. Chciałem lądować na niemieckim lotnisku. Boże mój! Szaleńcze! Co za błąd! Mogłem przypłacić go życiem. Mogłem do końca wojny pozostać w niewoli. Czynności wykonuje jak manekin. Automat. Klapy w górę. Mustang przepadł nieomal pod horyzont... i w gaz... gaz.. dodatkowe ładowanie. Silnik zawył jak gdyby mu bebech wypadł. Jeszcze jakaś seria znaczona świetlnym ogniem poszybowała przede mną. Nie trafili. Masz szczęście bracie - błysnęło jakimś oszałamiającym blaskiem pod jedną z warstw mózgu.

Leciałem tuż nad szczytami drzew przeskakując jak zając przez wszystkie wyższe przeszkody. I znów morze. Tym razem kierunek Anglii ustaliłem na pewniaka. Nikt mnie więcej nie zaskoczy obietnicą lotniska zastępczego. A mimo tego... nie doleciałem jednak do własnej bazy. Siadałem po raz drugi na nieznanym mi lotnisku. Tym razem zaistniała pełna obawa o brak paliwa. Tak w walce, jak w czasie próby lądowania na niemieckim lotnisku musiałem zużyć całkiem dobrą miarkę dodatkowego paliwa nieprzewidzianą okolicznościami. Co za szczęście. Lądowałem na lotnisku na którym stacjonował dywizjon kpt. Florka Martiniego. Zaprzyjaźniłem się z nim jeszcze w jednostce treningowej tuż przed odkomenderowaniem do dywizjonów operacyjnych. Florek już zdobył sobie opinię doskonałego myśliwca.

Zygmunt Jeliński


Źródła:
Ejbich B., Sława i popiół, Toronto 1993