Małpa kpt. Włodzimierza Miksy


W Polskich Siłach Powietrznych dywizjonowych maskotek było wiele. Były to przede wszystkim wszelkiego rodzaju psy i szczeniaki, znane są także zdjęcia innych zwierząt, w tym tak dziwnych jak owca. Innym towarzyszem polskich lotników była słynna wśród myśliwców małpa. Choć trudno ją nazwać "maskotką" (wedle zachowanych wspomnień u większości lotników budziła jedynie negatywne uczucia), jej historia z pewnością warta jest opisania.

Prawdopodobnie najpełniej losy małpy przedstawił kpt. pil. Bohdan Ejbich, w czasie wojny pilot 304 Dywizjonu Bombowego "Ziemi Śląskiej", po niej - pisarz lotniczy. W jednej ze swych opowieści spisał ustną relację kpt. Tadeusza Sawicza - w okresie bytności w Northolt małpy będącego dowódcą 315 Dywizjonu Myśliwskiego "Dęblińskiego" (wymieniany w relacji kpt. Włodzimierz Miksa był wówczas dowódcą eskadry "B" tego dywizjonu):


- Bo z tą małpą to było tak - opowiadał Tadek Sawicz. - Podchodzę do niej wolniutko i cicho, niemal bezszelestnie na palcach, by jej nie spłoszyć, nie wystraszyć, i powiadam do niej: "Kochane małpiątko, śliczna małpeczko, kochane zwierzątko, ty cudzie drugi po człowieku, chyba mi takiej krzywdy nie zrobisz" - powiadam. "Nie upuścisz tego jajeczka na ziemię" - silę się na grzeczność. Błagam nieomal.

Z niejedną wprawdzie małpą już wcześniej rozmawiałem, ale tylko z małpą ludzkich rozmiarów. W to chyba uwierzysz, bo kto z nas z jakąś małpą ludzką nie rozmawiał? Chyba taki się jeszcze nie urodził. A tu - prawdziwa małpa. Głupiuteńkie stworzonko, bo głupiuteńkie. Siedzi sobie na szafie, jajko trzyma, przerzuca je zręcznie z łapki do łapki, czasem je obliże i dalej patrzy na mnie. Tak, jakby się z czegoś naigrawała. Najwyraźniej w świecie rzuciła mi wyzwanie. Kpiła na potęgę. No, ale chyba zacznę od początku, bo ta niby kochana małpeczka, ta niekończąca się cholera... przepraszam, że jeszcze dziś mnie małpie wspomnienie z nóg zrywa... Ileż to ona gościom kawałów zrobiła!

Wyglądała wprawdzie bardzo niewinnie. Z pyszczkiem przypominającym twarz kobiety z picassowskiej serii zniekształceń ludzkich twarzy. A i temperament też nie najgorszy i nie do pozazdroszczenia. Bo gdy wskoczyła gdzieś na szafę, potrafiła nawet najwyższą stopniem szarżę obrzucić czym popadło. Numerek był to całkiem nielichy, a - pamiętaj - protekcja opiekunów też się coś niecoś liczyła. Oczywiście byli tacy, którzy ją uwielbiali, inni po swojemu lubili, a jeszcze inni podziwiali małpie psikusy. Zadomowiła się tu w kasynie w Northolt jak u siebie w małpim gaju i czegokolwiek dotknęła, obracało się przeważnie na jej niekorzyść. Zwykłe małpie szczęście. Z początku nawet ją wszyscy tolerowali: cóż biedne stworzonko winne, że się małpą urodziło? Ale jak długo można wytrzymać małpie kawały? Nim się obejrzysz, a ta już psoci.

Wszystkich głupich wybryków wprawdzie nie pamiętam, i tu trzeba by było pogrzebać raz jeszcze w pamięci Jurka Szymankiewicza. On dopiero ma pamięć! Małpa też niejeden zdrowy kawał wycięła, ale mnie to chyba tylko z tym jajkiem. Dokładnie - mówił dalej Sawicz - małpiego rodowodu nie pamiętam. Kto ją przyhołubił, kto ją do dywizjonu przywiózł czy kto się nią tak na serio zaopiekował, już tego też nie pamiętam. Jurek twierdził, że był to Trzebiński. Dostał ją od jakiejś przechodniej narzeczonej, czy coś w tym guście. W każdym bądź razie małpa się znalazła w Northolt i nadal gwizdała sobie na wszystko po małpiemu. Temu czapkę gdzieś podrzuciła. Innemu podwędziła pudełko papierosów sprzed nosa, a jeszcze innego nawet w nogę potrafiła ugryźć.

Czekaj, poprawka! Nie! To zdaje mi się było tak: babka, flama Trzebińskiego, wyjeżdżała z Londynu gdzieś na jakiś urlop w Szkocji, w Walii czy coś w tym guście i prosiła go, by się małpką zaopiekował. Mógł odmówić. Miał wszelkie podstawy ku temu. Nie miał przecież odpowiednich warunków, by ją zabrać na żołd do 303 dywizjonu. Ale z drugiej strony... znasz wielkie serce Polaków. Nie odmówią, jak ich kobieta poprosi. Do tego dama serca. Co najgorsze, to to, że już po tygodniu czy po dwóch Trzebińskiego odkomenderowano na pewien czas na inną stację. A to zmusiło go do poproszenia Miksy, by się małpą zaopiekował.

Nie było innego wyjścia. Miksa przyjacielowi nie śmiał odmówić. Zresztą widać było wyraźnie, że małpa Miksę z miejsca polubiła i nie wycięła mu w czasie pobytu w dywizjonie żadnego najmniejszego kawału. Ofiarami padali inni. Małpa widocznie doskonale wyczuwała, kto ją lubi i wówczas dawała się nawet pogłaskać. Ale jak do kogoś czuła swojego małpiego rodzaju wstręt czy wręcz animozję... facet musiał się liczyć z konsekwencjami.

Najczęściej polowała jednak na przypadkowo lądujących Angoli. Pamiętam taki jeden wypadek. Nawet mam go w oczach z dokładnymi szczegółami. Przyleciał wówczas, z powodów mi wprawdzie dotąd nieznanych, młody facet z angielskiego dywizjonu i wylądował na naszym lotnisku. Włosy miał rude, o odcieniu świeżo wypolerowanej miedzi i Matka Boska może jedynie wiedzieć kto takiego rudzielca mógł w ogóle na świat wydać. Na dodatek pilot Anglik wąsy miał zgodnie z RAF-owskim fasonem dostojnie długie, jakimś smalcem szybkoschnącym elegancko i zgodnie z King's Regulations wysmarowane, tak, że odstawały mu na kilku centymetrów od zdrowo piegowatych policzków.

Anglik, prawdopodobnie znużony lotem, po dobrym obiedzie w kasynie i po kilku kuflach lokalnego piwska usadowił się w fotelu, przejrzał kilka stron (łącznie z komiksami) gazety "Daily Mirror" i najspokojniej z tego świata przerzucił się na łono Morfeusza.

Na tę chwilę właśnie czekała małpeczka: w kilku susach pomknęła między fotelami, wskoczyła na jedną i drugą poręcz, a z niej na fotel śpiącego Anglika i jednym dobrze skoordynowanym szarpnięciem podglądniętym gdzieś u pierwszego właściciela, kataryniarza, próbowała oba wiechcie Anglika z korzeniami wyrwać. Zdajesz sobie sprawę, co się potem działo! Anglik podniósł wrzask, a małpa w dwóch susach była za oknem. Nie pokazywała się zresztą w kasynie przez dwa kolejne dni. Ale myślisz może, że to koniec? Dowódca stacji, a był nim wówczas ppłk pil. Mieczysław Mümler, wydał rozkaz i kazał go we wszystkich punktach stacji Northolt rozwiesić: "Małpa musi zniknąć z terenu lotniska". Nie obchodziło go zupełnie jak małpa ma zniknąć. Prywatnie natomiast poinformował kpt. pil. Miksę, żeby samochodem małpeczkę gdzieś delikatnie wywiózł... i porządek z nią zrobił. Zresztą miejsce przeznaczenia należy do jego własnego wyboru. Tak proponował i podpowiadał przez gońca. Nie wątpił, że jego rozkaz będzie dokładnie wykonany. (...)

Rozkaz, o którym mowa, to rozkaz dzienny bazy RAF Northolt z dnia 27 kwietnia 1943 r. podpisany istotnie przez ppłk. Mümlera (komendanta polskiego personelu w bazie RAF Northolt w okresie od września 1942 r. do października 1943 r.):

(...) Obserwacja posiadaczy wałęsających się psów, kotów, małp w kasynie oficerskim wykazała, że oni nie umieją się prawidłowo zaopiekować zwierzętami. To dalej spowodowało, że zamiast aby zwierzęta były uprzyjemnieniem życia na stacji dla wszystkich, to stają się one udręczeniem.

Śmierdzi przez nich już całe kasyno oficerskie, zapaskudzają je w dzień i w nocy, zanieczyszczają kuchnię, gryzą - jak małpa - ludzi. Służba codziennie sprzątając odchody zwierzęce wykazuje niezadowolenie, jak również i kuchnia żali się, że zwierzęta zanieczyszczają produkty żywnościowe.

Ten stan dalej nie jest do tolerowania. Uprzedzam zatem posiadaczy zwierząt, że mając na względzie higienę kasyna, zdrowotność oficerów, bezpieczeństwo ludzi oraz uchwałę ofic. zabraniającą sprowadzania i przebywania zwierząt w kasynie oficerskim, że jeżeli nie zapewnią takiej opieki nad zwierzętami, aby one zniknęły z kasyna na stałe - to zarządzę sporadyczne, przymusowe usuwanie uciążliwych zwierząt ze stacji, bez powiadomienia ich posiadaczy.

Kasyno oficerskie bowiem jest higienicznym miejscem wypoczynku i rozrywki - a nie ustępem zwierzęcym. (...)

Fakt, że dowódca lotniska sprawom zwierząt (w tym małpy) poświęcił osobny rozkaz dzienny wywołał zrozumiałą wesołość wśród lotników. Mjr obs. Zygmunt Wasilewski, służący w administracji w bazie RAF Northolt, w swym pamiętniku zanotował:

Przeżywamy tak tragiczne chwile, ogarnia nas czasem zupełna rezygnacja, jesteśmy smutni, milczący, apatyczni i gdyby właśnie nie te kochane instrukcje i rozkazy, życie nasze byłoby już tak beznadziejne, jak życie tej małpy, za którą ugania się po Northolt pan pułkownik Mümler. (...)

Oto dalsza część opowieści Ejbicha:

Nad małpą zawisł miecz Damoklesa. Tak czy inaczej, sprawa nie wyglądała różowo. Ale Miksa - chłop jak wieża Eiffla z sercem dzieciaka, na małpie szczęście - "Zaraz, zaraz" - powiedział - "Małpa nie jest moją własnością. Nie mogę za nią odpowiadać. Niech odpowiada Trzebiński. Tym bardziej, że dowódca lepiej wie, gdzie Trzebińskiego teraz szukać. Przecież sam rozkaz wyjazdu podpisywał".

To, że małpa Trzebińskiego, a właściwie jakiejś piękności bawiącej na urlopie, nadal hasa po kasynie, kufle z baru strąca, że porwała firanki, obraz Króla Jegomości Jerzego VI przeniosła ze ściany na pianino, to jeszcze nie koniec świata, jak twierdził Miksa. Choć sam - podkreśli słowo "sam" z należną temu słowo dystynkcją - nadal lubi małpę i nie drażni go to, że w książce dywizjonowej jakiś ślad pozostawiła. "Wielkie mi hece" - powiedział. "Wytrze się hieroglify gumką, jeśli ktoś z piszących pamiętniki taką w dywizjonie posiada. A jak nie - sprawę należy odłożyć na później i po prostu zakorkować".
- Jeszcze w tym czasie z Miksa się zgadzałem - mówił Tadeusz. - Gdyby w dzień czy dwa później sprawa jajek nie wyszła na światło dzienne - dodał uroczyście.
- Jajka?... na światło dzienne? - prowokowałem.
Okazało się, że Tadeusz zdobył jakimś cudem, a może dostał w podarunku albo na "czarnym rynku" sześć jajek.
- Pewnego więc dnia - ciągnął Tadeusz - wchodzę do mojej sypialni i widzę, że przy szafce, z otwartą w niej szufladą, w której trzymałem jajka, siedzi małpa. Musiała wejść przez otwarte okno, bo mieszkałem wówczas na pierwszym piętrze - i najspokojniej w świecie trzyma jedno jajko w łapkach. Pozostałych pięć leży już rozbitych na ziemi. Ratować to ostatnio jajko - myślę sobie i mówię szeptem: "Kochana małpinko, bądź grzeczna. Nie rozbij tego ostatniego chociażby". "Ty draniu" - mówię cichutko, by mnie nie usłyszała - "oddaj, co nie twoje. Oddaj! Oddaj ładnie, małpo z Azorów" - mówię do niej coraz to grzeczniej i pokorniej... i już jestem tuż, tuż, nie dalej jak jeden krok, a ta niecnota wypuszcza w ostatniej chwili jajko z łap i odpryski białka i żółtka lądują na moich butach. Ostatniego jajka nie udało mi się uratować. Małpa natomiast w dwóch susach znalazła się za oknem.

W dwa czy trzy dni później małpa w dziwny sposób zniknęła z kasyna. Podobno upodobała sobie również jajka wielu innych lotników obu dywizjonów myśliwskich. Gruby błąd. Wątpię natomiast, czy gdyby nie kwestia jajek, ppłk pil. Mümler dałby sobie w ogóle radę z małpią sprawą. Miksa zaś kwestii i sposobu ewakuacji małpy z terenu lotniska nigdy potem nie poruszał i do niej nie wracał.

Delikatna sugestia Ejbicha, czy raczej Sawicza, że Miksa zgładził małpę podczas służby w Northolt nie jest prawdziwa. Wkrótce po ogłoszeniu rozkazu Mümlera Miksa został przeniesiony z 315 dywizjonu do jednostki szkolenia bojowego 58 Operational Training Unit w Balado Bridge, gdzie został instruktorem dla przyszłych myśliwców oraz dowódcą eskadry. Jak się okazuje, zabrał ze sobą małpkę. Michał Cwynar (wówczas porucznik, wcześniej także w 315 dywizjonie) w swych wspomnieniach pisał:

W maju 1943 r. po pierwszej turze operacyjnej latania bojowego odszedłem na odpoczynek do Szkocji, do Balado Bridge jako instruktor w OTU. Podczas naszego pobytu w Balado Bridge Włodek Miksa miał małą małpkę. Latała po pokojach i terroryzowała nas!

Z jednostki wyszkolenia bojowego 58 Operational Training Unit (58 OTU) w Grangemouth (którego lotniskiem satelickim było Balado Bridge) Miksa odszedł 18 października 1943 r., kiedy przeniesiony został do 302 Dywizjonu Myśliwskiego "Poznańskiego". Jak się okazało, małpa wciąż mu towarzyszyła. Przytaczam kolejną garść wspomnień (zawierających m.in. imię małpy, inną wersję jej pochodzenia, a także opis usiłowania zabójstwa zwierzęcia), tym razem pióra Wacława Króla, będącego w opisywanym okresie (początek 1944 r.) dowódcą 302 dywizjonu:

Z racji swego stanowiska mieszkałem sam w pokoju hotelowym. Tak się jakoś stało, że dowódca 317 dywizjonu, kpt. pil. Włodek Miksa, zrezygnował z prywatnej kwatery w Ruislip i przeniósł się do hotelu lotniskowego. Ponieważ jednak nie było chwilowo wolnego locum, poprosił mnie, bym go na kilka dni przyjął do swego pokoju. Chętnie na to przystałem, bo pokój był bardzo obszerny. Wstawiono więc łóżko i Miksa wprowadził się zaraz po południu, jeszcze tego samego dnia, wraz ze swoją... małpką Miki, którą niedawno otrzymał w prezencie od kolegi marynarza. A więc mieliśmy mieszkać nie we dwóch, lecz w trójkę.
- Ona jest taka potulna i grzeczna, wcale nie będzie zakłócać spokoju - tłumaczył mi. - Sypia razem ze mną w łóżku.

Stanowczo zaprotestowałem, ale Miksa był uparty, zresztą nie miał się gdzie podziać. Miki wyszczerzyła na mnie zęby zza pleców Włodka i przytuliła się do jego policzka.
- Lubię zwierzęta, ale z małpą nigdy się nie zadawałem, a tym bardziej nie mieszkałem. Trudno, spróbuję, lecz przestrzegam, że zastrzelę zwierzaka, jeśli będzie mi zakłócać spokój.
- Już ja się o to postaram, żeby wszystko było w porządku - ręczył Włodek za swoją małą Miki.

Miki musiała być tego wieczoru bardzo zmęczona, bo nie chciała figlować ze swym panem, zachowywała sio nadzwyczaj spokojnie i zaraz wsunęła się pod kołdrę, gdy ułożyliśmy się do łóżek. Zrobiła wrażenie spokojnego, miłego zwierzątka.

Nazajutrz Miksa miał służbę, a ja, korzystając z wolnego dnia, postanowiłem dłużej pospać. Zbudziło mnie drapanie po głowie, było łagodne. To chyba sprawka Miki, pomyślałem, budząc się. Musiała się już przyzwyczaić do mego widoku. Czułem jednak, że łapki jej są mokre. Otworzyłem oczy. Przez na wpół odsłonięte story wdzierało się do pokoju dzienne światło. Spojrzałem ukradkiem na Miki, potem na pościel i wydałem okrzyk rozpaczy. Miki była cała mokra od atramentu, a na pościeli obu łóżek i na mojej piżamie widniały malownicze czarne plamy. Twarz miałem też ubabraną atramentem! O, żeby cię jasna cholera wzięła!

Skoczyłem na równe nogi i złapałem pantofel nocny, by przegonić to wstrętne zwierzę. Ale Miki wyczuła już, co się święci, i szybko skoczyła na firankę. Usadowiła się na lambrekinie i spoglądając na mnie spode łba zajadała moje mydełko do golenia. Ponieważ jej to widocznie nie smakowało, pluła obficie w moją stronę.

Chciało mi się płakać. Na biurku leżała podarta w strzępy moja korespondencja, obficie polana atramentem. To już wyprowadziło mnie do reszty z równowagi. Otworzyłem drzwi na korytarz i chwyciłem pistolet.
- Ja ci pokażę! - pogroziłem jej.
Miki wyszczerzyła zęby i plunęła na mnie całą zawartością mydła w twarz. Skierowałem w jej stronę pistolet i wystrzeliłem. W Miki jakby piorun trafił, skoczyła na żyrandol, który urwał się i spadł wraz z nią na podłogę, roztrzaskując się w drobne kawałeczki. Małpka zerwała się na równe nogi i szusem wypadła na korytarz. W pokoju panowało istne pobojowisko, szkło na całej podłodze, śmieci na biurku, oberwana firanka, zapach prochu w powietrzu.

Do pokoju zajrzał Marian Chełmecki, ściągnięty hukiem wystrzału i tupotem nóg.
- Jak ty wyglądasz? Co to, atrament pijesz na śniadanie? - ryczał ze śmiechu.
- No widzisz, ten cały Miksa tak mnie urządził. Sprowadził się wczoraj do mnie z małpą, no i widzisz, co się stało.
- To nie wiedziałeś o tym, że jego wyrzucili z tej prywatnej kwatery przez małpę? - zdziwił się. - Przecież to potwór w małym ciele, a nie spokojne zwierzątko, jak to on o niej mówi.

Długo musiałem się szorować nad wanną, nim jako tako zmyłem plamy z policzków i czoła. Jestem brunetem, więc atramentu we włosach nie było widać. Jeszcze tego samego dnia kazałem batmanowi wystawić łóżko i rzeczy mego sublokatora na korytarz, chętnie mu nawet w tym pomagając. Klucz od pokoju, zamiast zostawić w portierni, przezornie wsunąłem do kieszeni. (...)

Na temat dalszych losów bezdomnej od ok. lutego 1944 r. małpy niestety brak wiadomości. Domniemywać należy, że jej życie w Northolt było łatwiejsze niż przed rokiem, gdyż jej największy wróg - ppłk Mümler - został tymczasem przeniesiony na stanowisko sztabowe do 84 Grupy Myśliwskiej RAF (84 Group)...


Wojciech Zmyślony



Małpa we własnej osobie pozuje w kabinie Spitfire'a IX SZ-A (EN527) dowódcy 316 dywizjonu, kpt. Mariana Trzebińskiego.

Oficer, który podrzucił małpę kpt. Miksie - kpt. Marian Trzebiński (na zdjęciu przed Spitfirem 317 dywizjonu).

Od lewej: właściciel małpy kpt. Włodzimierz Miksa, por. Jerzy Schmidt oraz por. Stefan Kleczyński przy wigilijnym stole w Northolt, 1943 r. - kilka miesięcy po rzekomej likwidacji małpy.

Ppłk Mieczysław Mümler (pierwszy z lewej) przez większość podwładnych zapamiętany był jako dobry dowódca i prostolinijny człowiek - dla małpy kpt. Miksy nie miał jednak litości. Na zdjęciu przed samolotem Master w towarzystwie gen. Mariana Kukiela (dowódcy 1 Korpusu Polskiego, w środku) oraz F/O George'a Scotta, tłumacza i intelligence officera jednostek PSP. 58 OTU w Grangemouth, pierwsza połowa 1942 r.


Źródła:
fotografie ze zbiorów: pana Stanisława Bochniaka, pana Edwarda Jaworskiego, pana Wojtka Matusiaka, pana Elgina Scotta
Cwynar M., Wspomnienia wojenne, Warszawa 2004
Ejbich B., Historia z małpką [w:] Skrzydła, czerwiec 2001
Król W., Mój Spitfire WX-L, Wydawnictwo MON, Warszawa 1975
Wasilewski Z., Obyś żył w ciekawych czasach, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1958